To jest droga, na którą zostałeś zaproszony

Piękny, słoneczny i ciepły dzień, jakże inny od listopadowych dni, do których jesteśmy przyzwyczajeni, a które pomagały w zadumie pochylać się nad kruchością ludzkiego życia, nad jego przemijaniem. Dzisiejszego dnia pokazujesz mi, Panie, że te groby, które odwiedzam, i ten, do którego sam nieuchronnie zdążam, nie jest kresem lecz początkiem, a ten piękny dzień jest przedsmakiem dnia, gdy moje oczy zamkną się na codzienność, a otworzą na wieczność. Wczorajsza uroczystość była świętem tych, co dostąpili chwały Nieba, tych których znam i tych wielu innych nieznanych świętych. Nawiedzając groby zdaję sobie sprawę, że do takiej samej świętości powołani zostali ci, których ziemska wędrówka zakończyła się, jak i ja, który jeszcze jestem w drodze. Wszak do tego nas powołałeś, Jezu, mówiąc: “Bądźcie święci, bo i Ja Jestem święty”.  Te mogiły przywodzą mi na myśl Twoje słowa o ziarnie wrzuconym w ziemię, które musi obumrzeć, aby na nowo się narodzić. Ale, Panie mój, ta świętość wydaje się taka daleka, nie do zdobycia, nierealna. Święty kojarzy się najczęściej z tym, kto stale się modli, wszystkiego sobie odmawia, śpiewa nabożne pieśni, buja w obłokach, a i w niebie można się zanudzić, bo tylko modlitwa, uwielbienie i nic więcej.

Synu, ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, jak wielkie rzeczy przygotował w Niebie Mój Ojciec. W domu Jego mieszkań jest wiele, wszyscy są zaproszeni, ale czy wszyscy z tego zaproszenia skorzystają?  Wszyscy mogą być świętymi – ci, którzy uznają Mnie za swego Pana i Boga. Świętość to normalność, a święci byli normalnymi ludźmi, mającymi swoje wady, grzechy, upadki. Świętość to często zwykła, szara codzienność, ale wypływająca z miłości i ku niej dążąca. Świętość to branie codziennie swego krzyża i kroczenie za Mną. Człowiek święty to ten, który każdego dnia stara się żyć tak, jak tego nauczałem. To jest droga, na którą zostałeś zaproszony w momencie poczęcia i którą zakończysz, gdy twoje oczy po raz ostatni ujrzą światło dnia. Do świętości powołała cię miłość Boża, a śmierć to tylko przejście, narodzenie się do innej rzeczywistości.

Pamiętam, Panie, słowa sprzed wielu już lat, które usłyszałem na pogrzebie młodego człowieka: “Gdy się rodziłeś, wszyscy się śmiali a ty płakałeś; teraz ty się śmiejesz, a wszyscy płaczą”. Jezu, Ty zwyciężyłeś śmierć swoim Zmartwychwstaniem, nie ma ona nad ludźmi już władzy. Czemu więc dzisiejszy dzień wzbudza najczęściej smutek, żal za bliskimi ale i myśli które odrzucamy? Myśli, których ludzie nie chcą do siebie dopuścić nawet w takim miejscu jak cmentarz, że oto tu jest nieuchronny cel ziemskiej wędrówki naszych ciał, które w prochu ziemi oczekiwać będą zmartwychwstania i sądu Bożego. To “miasto umarłych” będzie prędzej czy później i moim miastem – nadzieją dla mnie jest nie tylko to słońce, ale i dzisiejsze słowa Hioba, który mówi: “Lecz ja wiem: Wybawca mój żyje, na ziemi wystąpi jako ostatni. Potem me szczątki skórą odzieje, i oczyma ciała będę widział Boga. To właśnie ja Go zobaczę”. Daj mi, Panie, abym mimo swojej grzeszności, upadków, niepowodzeń, w codziennej wędrówce tak żył, żebym zamykając oczy na doczesność, śmiał się i radował Twoją obecnością!

Synu, tak jak świętość jest normalnym, codziennym kroczeniem za Mną i życiem według Mojej nauki, tak i śmierć nie jest niczym strasznym. Tak, jak w bólach się urodziłeś, tak i w bólach narodzić się musisz dla nieba. Ta chwila nie znaczy jednak nic w porównaniu z tym, co oczekuje na ciebie po drugiej stronie. Synu, spójrz na przyrodę, która cię otacza, wszystko co wokół ciebie się dzieje, związane jest z narodzinami i śmiercią. I tak będzie się działo, dopóki ten świat, który znasz, będzie istniał. Nie bój się tego, co nastąpić musi, bój się raczej tego, na co się skażesz, gdy zaproszenie Moje odrzucisz, tak jak zrobiły to panny głupie i nieroztropne, lub jak ów człowiek, który pojawił się na uczcie króla bez weselnej szaty. Pamiętaj, że nie każdy kto mówi Mi “Panie, Panie” zasłuży na udział w tej świętej chwale; nie każdy, choćby nawet czynił cuda w Imię Moje, lecz tylko ten, kto spełnia wolę Ojca Mojego. Tak więc żyj, abyś z radością duszę swą powierzył ramionom kochającego Boga.

Advertisements

Ulituj się nade mną!

Ciepły, słoneczny dzień. Przy drodze, którą ma przechodzić Rabbi z Nazaretu, siedzi ubogi żebrak. Skąpo odziane ciało okrywa ciężki, jak na jego posturę, płaszcz. Nogi i dłonie żebraka pokrywają liczne rany i blizny, po bliższym przyjrzeniu się zauważyć można, że ów człowiek jest niewidomy. Przysiadam w myślach w pobliżu, z zaciekawieniem spoglądając na owego człowieka, który niewidomym wzrokiem jakby wypatrywał gdzieś z oddali czyjegoś przyjścia, a usta jego w kółko powtarzały ledwo dosłyszalne słowa. Siedział już tak dość długo, zupełnie nie zrażając się ludźmi, którzy zbierali się wokół i którym od czasu do czasu przeszkadzała jego obecność w tym miejscu. Nagle dało się słyszeć jakby poszum wiatru… Zaciekawiony zacząłem rozglądać się wkoło, ale to nie był wiatr, to wzmagał się głos tłumu, który od szeptu przechodził w okrzyki radości i zaciekawienia. Usta żebraka wydały się również głośniej wypowiadać niezrozumiałe jeszcze dla mnie słowa. Radość tłumu stawała się donioślejsza, zaciekawiony spojrzałem w stronę, w którą zwrócone były oczy wszystkich, nie wyłączając niewidomego żebraka. Wtedy ujrzałem Cię, Panie, jak idziesz drogą od strony miasta, otoczony rzeszą ludzi. Im bardziej się do nas zbliżałeś, tym bardziej słowa owego człowieka stawały się głośne i zrozumiałe. Poddenerwowani ludzie wokół starali się go uciszyć, ale gdy tylko się zbliżyłeś, powtarzane przez tak długi czas słowa niemal eksplodowały w jego ustach w jeden głośny okrzyk: «Synu Dawida, ulituj się nade mną!» Usłyszawszy ten błagalny krzyk zawołałeś go do siebie, a on zrzuciwszy z siebie płaszcz podszedł. Nie prosił o wiele, poprosił Cię o to, aby mógł przejrzeć. Położyłeś z miłością dłoń na jego ramieniu, Twój wzrok spoczął na jego pozbawionych światła oczach, a Twoje usta z miłością i nieukrywaną radością wypowiedziały: «Idź, twoja wiara cię uzdrowiła».  Biedak natychmiast odzyskał wzrok i szedł za Tobą drogą.
Pod wieczór, gdy wszyscy znużeni drogą odpoczywali, mogłem podejść do Ciebie i prosić, abyś mi wyjaśnił to wszystko, czego dziś byłem świadkiem….

Synu, to czego doświadczyłeś pochylając się nad dzisiejszym Słowem, dotyczy w dużej mierze także ciebie. Przy tej drodze siedzisz ty, niewidomy, poraniony przez życie, grzeszny, jak wielu z tych, którzy uważają się za lepszych, jak tłum przy drodze. Lecz nie są oni tak naprawdę mniej grzeszni od ciebie, jeśli się nie nawrócą czeka ich marny los. Ale ty, jak Bartymeusz, nie zwracaj uwagi na tłum, na ich słowa, gesty, wyśmiewanie czy wyzwiska. Wpatrzony w dal, wypatruj Mnie i ufaj.

Panie mój, ale przecież ja już Ciebie spotkałem, idę za Tobą, czego jeszcze może nauczyć mnie przydrożny żebrak?

On zrobił coś symbolicznego, ale jakże ważnego, czego ty do tej pory nie uczyniłeś, synu. Gdy usłyszał Moje wołanie wstał i odrzucając  płaszcz którym był okryty, pokazał swoją wiarę, odrzucając coś, co było mu bliskie, co dawało mu poczucie ciepła, bezpieczeństwa, co nie raz było może też balastem, który dźwigał, zwłaszcza w upalne dni. A że był niewidomy, płaszcz ten stawał się też niemal jego najbliższym przyjacielem, w poły którego spływało nieraz wiele łez. Ty usłyszałeś Mój głos, starasz się iść za Mną, lecz tak naprawdę nie zrzuciłeś z siebie tego płaszcza, który cię okrywa, a który nie pozwala ci tak na sto procent zaufać Mi i kroczyć za Mną. Często wleczesz go za sobą, potykając się o niego. Synu, Bartymeusz, gdy przejrzał, szedł za Mną drogą. Nie wracał, nie cofał się do przeszłości, lecz szedł. Ujrzawszy światło, za którym tak tęsknił, nie potrzebował już niczego innego.

Panie Jezu, nie pozostaje mi nic innego, jak prosić Cię dzisiaj modlitwą Bartymeusza, prosić cię, abym przejrzał, abym odrzucił wszystko, co będzie mi przeszkadzać w drodze za Tobą; odrzucić tak, jak żebrak swój płaszcz; odrzucić wszystko, co przeszkadza mi w drodze. I wpatrując się w Ciebie, iść za Tobą drogą, którą idziesz i na którą mnie zapraszasz. Pragnę w tej chwili jeszcze raz usiąść na poboczu drogi przy Bartymeuszu i z całych sił, z całej duszy i serca wołać: Jezusie, Synu Boga żywego, ulituj się nade mną! Amen.

Niecodziennik: Dziecko staje przed Tobą w prawdzie…

Jezu, przemierzając Galileę nie chciałeś, aby ktoś o tym wiedział. Nauka, którą głosiłeś w tej drodze, skierowana była nie do tłumów, lecz do uczniów, którzy podążali za Tobą. Dziś również nie zwracasz się do wszystkich, lecz do swoich uczniów, do tych, którzy świadomie chcą brać swój krzyż codzienności i kroczyć za Tobą. Mówisz do mnie, który świadomie wybrałem Ciebie i staram się to czynić każdego dnia, mimo wielu upadków i przeszkód na niej napotykanych. Stawiasz dziś przede mną dziecko mówiąc:  Kto przyjmuje jedno z takich dzieci ze względu na moje imię, mnie przyjmuje, a kto mnie przyjmuje, nie mnie przyjmuje,lecz Tego który mnie posłał. Słowa, które kierujesz do uczniów na samym końcu, podczas pobytu w Kafarnaum, do mnie kierujesz na samym początku mojego rozmyślania.

Co znaczy przyjęcie dziecka w imię Twoje, a przez to przyjęcie Ciebie, i nie tylko Ciebie, lecz Tego, który Cię posłał – Ojca?

Przyjmując dziecko w imię Twoje, przyjmuję jego postawę, która pozwoli mi stawać się jak ono. Dziecko jest czyste, niewinne, szczere, ufne, prawdomówne. Zwracając moją uwagę na te słowa, zapraszasz mnie do przyjęcia właśnie takiej postawy, która pomoże mi w kroczeniu za Tobą. Przyjmując Ciebie, jak to dziecko, nie martwię się o to, czy będę pierwszy czy ostatni, w czym jestem lepszy a przez to ważniejszy, niż mój bliźni. Nie martwię się, bo jestem jak dziecko, którego intencje pozbawione są kalkulacji, zazdrości, żądzy sporu, walki o to, aby “mieć”. Także modlitwa dziecka jest szczera, ufna, pozbawiona fałszu i okłamywania samego siebie. Dziecko staje przed Tobą w prawdzie… Przypomina mi się tu opowieść o wspólnym pacierzu pewnej rodziny, kiedy przy słowach chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj dziecko powiedziało: a dla mnie bułkę z masłem. Modlitwa dziecka wprawdzie odbiega od formułki, ale jest szczera. Dziecko wie czego chce i o to prosi. A ile razy ja w czasie modlitwy mam ochotę na tę przysłowiową bułkę z masłem, lecz mimo to modlę się o chleb. I to jest z mojej strony nie szczera postawa na modlitwie, przed którą mnie przestrzegasz, wskazując na dziecko…

Prostaczek niech tutaj przyjdzie!

Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię (Mt 11, 28). Głodnego nakarmię, spragnionego napoję. Ja jestem chlebem żywym, który z nieba zstąpił, kto będzie spożywał ten chleb, będzie żył na wieki. Jeśli ktoś jest spragniony, niech przyjdzie do Mnie, spragnionego napoję Wodą Żywą. Jeśli ktoś błądzi w ciemności, niech przyjdzie do Mnie, Ja jestem Światłem dla ludzkich oczu, Światłem świata. Jeśli kto poraniony, niech przyjdzie do Mnie, Ja ukoję cierpienie, uleczę rany. Ja, Pan, jestem ucieczką dla uciśnionego, ucieczką w czasie utrapienia (por. Ps 9. 10). Pokarmem na życie wieczne (por. J 6, 51-58), Wodą ukojenie dającą (por. J 4, 13-14). Lekarzem serc i dusz. Mocą Pokarmu, w którym się tobie daję każdego dnia, będziesz mieć siłę do pójścia za Mną przez swoją codzienność. Pokarm ten da ci siłę do zmagania się z własnym krzyżem, który nigdy nie jest ponad twoje możliwości. Mocą tego Pokarmu i trwaniem przy Mnie żaden ciężar nie będzie dla ciebie za ciężki, żadna ciemność nie będzie ciemna, a noc niczym dzień zajaśnieje. Pokarm ten sprawia, że zaczynam żyć w twoim wnętrzu; zaczynam przemieniać cię w Siebie. Moja Krew zaczyna krążyć w twoich żyłach. A mój głos lepiej jest przez ciebie słyszalny. Jeżeli tylko z wiarą i miłością przyjmować Mnie będziesz… Są tacy, którzy sami odrzucają tę łaskę, którą im daję w Eucharystii równocześnie gorsząc się tymi, którzy często mnie przyjmują. Są ci, którzy przyjmują Mnie bez wiary, tylko dla tradycji, dla których to tylko biały opłatek, nic więcej. Ale są tacy, którzy we Mnie wierzą, w Moją Obecność, i dla tych jestem lekarzem, Pokarmem, ukojeniem, wzmocnieniem. Jeśli nawet upadają po drodze, to mocą tego Pokarmu częstokroć wstają silniejsi. To jest głupie w oczach świata, ale to co głupie w świecie, mądrością jest w oczach Boga, bo zakrył te rzeczy przed mądrymi i uczonymi, a objawił je prostaczkom. Dlatego też Boża Mądrość zwołując na ucztę, woła: prostaczek niech tutaj przyjdzie! (Prz 9, 4) A ci, którzy tak łatwo Mnie odrzucają, nie wierzą i nie potrzebują, mówi: Chodźcie, nasyćcie się moim chlebem, pijcie wino, które zmieszałam. Odrzućcie naiwność, a żyć będziecie, chodźcie prosto drogą rozsądku! (Prz 9, 5-6)

Wniebowzięta

Czyż jest kobieta większa i potężniejsza od Ciebie? Czyż jest królowa bardziej odziana w majestat i piękni, niż Ty, Niepokalana? Czyż Arka Przymierza, która była zapowiedzią Ciebie, nie była traktowana z największą czcią i delikatnością? A przecież Ty jesteś czymś więcej, niż tamta Arka! Arka miała w sobie tablice przymierza, Ty nosiłaś w sobie Tego, Który to przymierze z nami zawarł. Dla Arki zbudowano świątynię, lecz Ty sama stałaś się świątynią, którą upodobał sobie Bóg na mieszkanie dla siebie; świątynią, która godna była nosić w swoim łonie Boga samego. Arka – dzieło rąk ludzkich, zaginęła w mrokach przeszłości, rozsypawszy się być może w proch. Lecz nowa Arka, Dzieło Miłości Bożej, przez Niego samego stworzona, przez Niego wybrana jako drogocenne naczynie, uświęcone Jego obecnością, nie mogła rozpaść się w ziemskim brudzie. Jeżeli Henoch i Eliasz, którzy byli w tak bliskiej zażyłości z Bogiem, zostali wzięci do Nieba, to o ileż bardziej zasłużyłaś na to Ty, na której Fiat całe Niebo zastygło w bezruchu.

Mojżeszu, zdejm sandały, bo miejsce na którym stoisz, jest święte.

Ziemia została uświęcona obecnością Boga w płomieniu ognistym. O ileż bardziej święte i niepokalane jest ciało, które było Jego mieszkaniem. Jakże czyste i święte musiały być dłonie, które Go pieściły; serce, do którego był przytulone. Jakże czysta musiała być Ta, w ramionach której usypiał!

Mojżesz nie był godzien podejść do gorejącego krzewu, słuchał Boga z zasłoniętą twarzą. Tak samo Eliasz, gdy ujrzał przechodzącego Boga, zasłonił swoją twarz. A Ty mogłaś, tuląc Boga samego, nie tylko wpatrywać się w głębię Jego oczu, ale też całować Jego oblicze. O żywa Monstrancjo, czy mogło ulec rozkładowi ciało uświęcone obecnością Boga? Nie ma chyba innej kobiety, przed którą stanąwszy, Anioł skłoniłby swa głowę. Już samo to mówi, jak bardzo nadzwyczajną jesteś Niewiastą. Jakże byś Ty, któraś całą sobą współuczestniczyła w życiu i cierpieniu swego Syna, miała i teraz całą sobą nie uczestniczyć w Jego chwale?

Tron Twój, Boże, trwa na wieki,
berłem sprawiedliwym berło Twojego królestwa. Córki królewskie wychodzą na spotkanie z Tobą,
królowa w złocie z Ofiru po Twojej prawicy.
(Ps 45)

Jestem pewien, że te słowa mówią o Tobie. To Ty, Maryjo, godna jesteś tego, aby w niebieskiego chwale stać u tronu Bożego. Dlaczego więc Ty, która jesteś czymś więcej niż pierwsza Arka Przymierza, która jesteś kimś więcej niż Henoch, Mojżesz czy Eliasz, jesteś tak znienawidzona, tak pomniejszana, tak nieuważana w oczach wielu? Odpowiedź na to znajdujemy już w Raju, gdy Bóg mówi do węża: “Wprowadzam nieprzyjaźń pomiędzy ciebie i Niewiastę, pomiędzy potomstwo Twoje i potomstwo Jej”. Jesteśmy Twoim potomstwem, dziećmi, za którymi wstawiasz się u Syna, za którymi orędujesz, wspomagasz, ochraniasz. Dziećmi którym nie pozwolisz zaginąć, lecz które zawsze prowadzisz i którym wskazujesz na Jezusa mówiąc: zróbcie wszystko, cokolwiek wam zostawił w Swoim Słowie; róbcie tak, jak wam to pokazał Swoim życiem.

O Maryjo, jesteś drogocennym Naczyniem, wybranym przez Boga już u zarania naszych dziejów, przez Niego uświęcona i przez Niego do niebieskiej chwały z ciałem i duszą zabrana. O Maryjo, Matko nasza, Wniebowzięta i Niepokalana, oręduj i wstawiaj się nieustannie za nami, amen!

Pokarm z Nieba

Wielki już czas, o Panie! Zabierz moje życie,
bo nie jestem lepszy od moich przodków.
(1 Krl 19, 4)

Eliasz, rozpalony żarliwością o chwałę Pana, Boga zastępów, wycieńczony, a może też już zmęczony życiem, ma wszystkiego dość. Nie dość, że został sam spośród proroków Pana, to jeszcze teraz ucieka przed gniewem Jezebel, która dyszy żądzą zemsty po tym, jak ośmieszył i pozabijał proroków Baala. I oto podczas snu pojawia się przy nim Anioła Pana, zostawiając mu podpłomyk i wodę. Odpocząwszy i posiliwszy się ponownie, był gotów do dalszej drogi. Mocą tego pokarmu szedł 40 dni i nocy, aż doszedł do Bożej Góry Horeb. Tam spotkał Pana i dostał nakaz powrotu swoją drogą, i dalszej misji, jaką zlecił mu Bóg.

Jakże często my uciekamy przed rzeczywistością, przed tym, co niesie dzień, przyszłość? Ile razy będąc samotnymi na pustyni, zasypiamy z myślą, czy pragnieniem, aby już się nie obudzić? Na pewno nasze motywy są inne, niż Eliasza, ale nieraz nie mniej ciężkie. Niebo duszy zasnute jest chmurami, ciemność wydaje się nie do przejścia. Nie ma drogi ucieczki, nie ma sensu istnienia. Lecz zawsze w takiej chwili Pan przychodzi nam z pomocą mówiąc: odpocznij, posil się, bo jeszcze długa droga przed tobą”. Eliaszowi chleb i woda, dane przez Anioła, dały siłę do długiej wędrówki. Te biblijne 40 dni i nocy to tak naprawdę droga testu, próby, wyjątkowego doświadczenia, któremu został poddany. To także nasza droga przez codzienność. Czy potrwa ona miesiąc, rok czy kilkadziesiąt lat, my również mamy ten sam pokarm z Nieba. Bóg daje nam ten sam niebiański posiłek, a może i więcej – bo daje nam Samego Siebie, mówiąc “Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli ktoś spożywa ten chleb, będzie żył na wieki”. Przychodzi również do nas w Swoim Słowie, jako w zdroju Wody Żywej. Gdy tylko z wiarą posilać się będziemy, żadne ciemności, żadne burze, straszne i beznadziejne nie będą. A Pokarm ten stanie się najlepszym pokrzepieniem i umocnieniem duszy w jej wędrówce ku Bożej Górze, na której ma nadzieję, jak Eliasz, ujrzeć Pan, Boga zastępów.

Dwa sztandary, dwa światy…

Wojowaniem jest życie człowieka. Do tego wojowania staję każdego ranka. Gdy tylko otwieram oczy staję pod sztandarem, któremu Ty, Jezu, przewodzisz, lub wybieram sztandar złego, ulegając mu. Dziś mówisz do mnie przez usta św. Pawła, że stając pod Twoim sztandarem, oddając się Tobie, muszę porzucić dawnego człowieka, który ulega zepsuciu na skutek zwodniczych żądz. Nie mogę służyć dwóm panom, nie mogę służyć Bogu i mamonie. Pozwalasz mi, abym idąc za Tobą odnawiał się duchem w swoim myśleniu, abym przyoblekał się w nowego człowieka, stworzonego na Twój obraz w sprawiedliwości i świętości. Wybieram jeden ze światów, które współistnieją ze sobą, jak pszenica i kąkol w polu. Ale tylko jeden ze światów prowadzi do pełni życia i jest to świat, do którego każdego dnia mnie zapraszasz. Bardzo dużo rożni te dwa światy i dlatego choć ze sobą współistnieją, na co dzień się zwalczają. Co oferujesz mi Ty mówiąc “pójdź za Mną, stań pod Moim sztandarem, żyj w Moim świecie i dąż do Mego Królestwa, w którym masz mieszkanie przygotowane dla Ciebie przez Ojca”? Przeglądając karty Ewangelii, mogę się natknąć co rusz na Twoją ofertę:

Chcesz być pierwszym, bądź ostatnim; chcesz być wielkim, bądź małym; chcesz iść za Mną, zaprzyj się samego siebie, bierz swój krzyż każdego dnia i Mnie naśladuj. Jeśli uderzy cię ktoś w policzek, nastaw mu drugi. Przebaczaj, nie odwracaj się od tego, kto cię prosi, pochylaj się nad biednym i potrzebującym; i to nie tylko nad tym, który darzy cię sympatią, lecz także nad tym, który jest wrogo do ciebie usposobiony. Wszystko, co czynisz, czyń dla Mnie. Niech to wypływa z miłości, służy miłości i do miłości dąży. 

Trudne jest przebywanie tu na ziemi, w tym świecie. Życie w nim wymaga ode mnie ciągłej walki, ogołacania się i zmieniania. Stając pod Twoim sztandarem mogę doświadczyć niemal codziennie tego, czego Ty doświadczałeś w swoim ziemskim życiu. Droga za Tobą w tym świecie jest często wyboista i pod prąd płynącego jak rzeka życia.
A co oferuje mi sztandar złego i jego świat? O, tam droga jest prosta i szeroka. Tam można płynąć z nurtem życia. Tam mógłbym być kimś, jeśli tylko zrobię to, czego Ty nie zrobiłeś kuszony na pustyni – mam wszystko. Życie jest radosne i kolorowe. Wyrzucam z niego wszystko, co wymaga wysiłku, wyrzeczenia, cierpienia. Dostaję często to, czego chcę – pieniądze, sława, chleb do sytości. To mnie służą, to ja jestem kimś. Miłość – ona jest, aby służyć mi, moim żądzom, zachciankom, potrzebom. Drugi człowiek, tak na prawdę, nie liczy się wcale. Ważne jest tylko to tu i teraz zaspokojenie własnego ego. Nie ma tu mowy o krzyżu, którego najlepiej aby wcale nie było; o wyrzeczeniu czy samozaparciu. Świat ten jest w tak pięknym opakowaniu, że nawet idąc za Tobą, Jezu, ulegam często jego złudnemu urokowi. Żyjąc pod Twoim sztandarem, wyzbywając się starego człowieka, uwalniasz mnie z tego, co symbolizuje Egipt. Idę za Tobą, ale jakże często jest to droga, jaką szedł Izrael. Droga ciągłego narzekania, oglądania się za siebie, tęsknoty za tym, co się miało. To ciągłe wybieranie jest walką. Jest opowiadaniem się po którejś ze stron i wychodzenie w życie tego lub tego świata. Ale ja, krocząc za Tobą, Jezu, mam coś więcej niż manna i przepiórki. Mam pokarm, który jest pokarmem na życie wieczne. Który jest lekarstwem i wzmocnieniem mej duszy. Pokarm, którym Ty jesteś, jak sam to powiedziałeś: Ja jestem chlebem życia. Kto do Mnie przychodzi, nie będzie łaknął; a kto we Mnie wierzy, nigdy pragnąć nie będzie (J 6, 35). Ten pokarm, jak i świadomość Twojej obecności, pozwala mi mądrze wybierać, i mimo pokus, słabości i upadków, stawać pod Twoim sztandarem, mówiąc totus Tuus każdego dnia, każdej chwili, do końca ziemskiej drogi. Totus Tuus, na zawsze, na wieki, amen!