Po której stronie…?

Wjeżdżającego do Jerozolimy witały Mnie tłumy. Wylegli na ulice, radowali się na Mój widok, ścieląc pod Moimi stopami gałązki palmowe. Panowała radość i ogólne poruszenie. Moje Serce jednak odczuwało smutek, spoglądając na tych, którzy dziś wołają Hosanna!, a już za niedługo wołać będą ukrzyżuj Go!.

Jezu, te tłumy witające Ciebie, to również ja, i choć od Twojego wjazdu do Jerozolimy minęło już tyle lat, to jednak w atmosferze tamtego dnia aż tak wiele się nie zmieniło. Tłum witający Cię w Jerozolimie, to również ja witający Cię w moim życiu i sercu. I oto właśnie w tym miejscu rodzi się pytanie: po której stronie stoję, do jakiej grupy ludzi się zaliczam? Czy jestem wśród tych, którzy wylegli na ulicę powodowani czystą szczerą miłością, czy wśród tych, którzy wietrzyli tylko sensacje, pragnęli ujrzeć jakiś cud, a gdy nic takiego się nie stało, zaś Ten, który miał porwać tłumy do walki, Sam skazał się na śmierć, zmienili swój stosunek, gardząc Tym, którego z takim aplauzem witali?

Synu, nawiedzając cię, jak Jerozolimę, tego pamiętnego dnia, przynoszę ze sobą radość ze spotkania – serce twoje jest w euforii, radosne, oczekujące czegoś wielkiego. Napełniony tym uczuciem ścielisz pod Me stopy wszystko, co masz. Gdy jednak nie następuje to, czego oczekujesz, tracisz zapał, zaufanie, jesteś rozgoryczony i po czasie stajesz wśród tych, którzy zwątpili we Mnie. Umieram w twoim sercu tak, jak w sercach tych, którzy przyjęli Mnie powodowani tylko zwykłą ciekawością. A Ja, tak jak otwarcie mówiłem, czym jest Moja misja i Moja droga do Jerozolimy, tak, też powiedziałem, jaka jest droga tych, którzy przyjmują Mnie do swego serca. Nie jest to droga usłana różami, lecz droga, jaką Ja musiałem przejść, droga codziennego brania krzyża i zmagania się z wszystkim, co spotkasz na tej drodze. Nie zawsze będzie to wyglądało tak, jakbyś chciał, nie będzie cudów, znaków, słodyczy duchowych, zostanie tylko wiara i ufność. Jeśli wytrwasz i nie zwątpisz, będziesz miał jasność, po której stronie stoisz.

Advertisements

Ujrzeć Jezusa

Synu, tak, jak Grecy z dzisiejszej Ewangelii, tak i ty zapałałeś pragnieniem ujrzenia Mnie. Czy pamiętasz kiedy i jak do tego doszło, dlaczego wierzysz Mi i we Mnie, czemu pragniesz podążać za Mną?

Jezu, to było tak dawno temu, pamiętam jedynie że przyszedłeś do mnie jak do Zacheusza, a ja, jak Zacheusz poczułem ogromną radość z tych odwiedzin. Wtenczas to serce moje zapłonęło, od wtedy też chyba uwierzyłem w Ciebie. Dlaczego wierzę? nie zadawałem sobie nigdy tego pytania, a przynajmniej nie pamiętam tego, może dlatego, że pytanie to byłoby na zasadzie: czemu oddychasz? A czemu wierzę Tobie i pragnę podążać za Tobą? Dlatego, że Ci ufam. Nigdy mnie nie zawiodłeś, byłeś zawsze obok. Nawet gdy wydawało mi się, że Cię nie ma, Ty byłeś. Od zawsze mi to mówiłeś, od zawsze powtarzałeś: choćbyś szedł ciemną doliną, nie lękaj się, Ja jestem z tobą. I to pozwoliło mi iść za Tobą. A czemu pragnę iść? Rzekłeś: pójdź za Mną, i oto ja idę.

Ziarno wrzucone w ziemię musi obumrzeć za nim wyda plony, tak samo jest z tym kto podąża za Mną. Gdzie Ja jestem tam będzie i mój sługa. Czy jesteś gotowy aby obumierało w tobie wszystko to co nie należy do Mnie? Spoglądając wstecz czy zastanawiasz się, jak widzą cię ludzie, jak widzisz sam siebie, a jak widzę cię Ja?

O tym, jak widzisz mnie mówisz w swoim Słowie, wystarczy je otworzyć, aby natrafić na słowa pełne miłości, czułości, troski. Z tym, jak widzą mnie ludzie, miałem nie raz problem, ale ich osądy często odbiegają od prawdy. Zresztą, do takich rzekłeś: kto z was jest bez winy niech pierwszy rzuci kamieniem, a w innym miejscu: obłudniku czemu widzisz drzazgę w oku swego brata, a belki we własnym nie dostrzegasz. Najgorzej jest chyba z tym, jak ja sam siebie widzę, często bardzo odbiega to od tego, co widzisz we mnie Ty.

Najważniejsze dla ciebie powinno być to, jak Ja ciebie widzę, najmniej przejmuj się tym, co mówią inni. Nie potrzebują lekarza zdrowi lecz ci którzy się źle mają. Za mojego życia na ziemi otaczali mnie grzesznicy, celnicy, nierządnice, ludzie chorzy, odtrącani przez społeczeństwo. Przez to często i ja byłem tak postrzegany. Być tam. gdzie Ja, to być również na oszczerczych językach innych. Ogałacać się i umierać, to być jak Ja, odarty z godności, wystawiony w purpurze i cierniu na pośmiewisko i obelgi gawiedzi. Kto kocha swoje życie, traci je,a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne. Kochać swoje życie, to iść z duchem świata, często w zakłamaniu, fałszu, czasem może wbrew sobie. Ale jest to łatwiejsze, bo i droga szeroka i znaleźć na niej można wszystko to, co oferuje świat, bez oglądania i martwienia się o innych. To codzienna pogoń za pieniądzem, uciechami, luksusem, bez zastanowienia się, że nie to jest celem naszego życia, lecz środkiem, który ma nam pomóc w dotarciu do celu. Nienawidzić swego życia, to widzieć przed sobą inny, jasny cel, do którego dążysz, to świadomość, że jesteś tylko pielgrzymem na tej ziemi, że to tylko mrugnięcie oka naprzeciw wieczności, a wszystko co wokół jest ci dane i zadane, nie jest twoją własnością, lecz ma ci służyć na tejże drodze. Jest ona często wąska, wyboista, najeżona kamieniami i dołami, które nieraz powodują upadki. Jest to droga, która często wiedzie pod prąd płynącego świata. Jesteś, jak ziarno na tej drodze, które musi obumrzeć aby plon obfity przyniosło. Nie lękaj się, Ja jestem z tobą, ochraniam cię i strzegę, bez Mojej wiedzy nawet włos z twojej głowy nie spadnie.

Jezu, ujrzeć Cię, zachwycić się Tobą, pokochać, a potem iść za Tobą każdego dnia, mając na uwadze, że Twoja droga, to często droga krzyżowa prowadząca na Golgotę. Nie raz jest to droga w samotności, ciszy, gdy moją drogą jest walka z samym sobą, ze swoim grzechem, złymi skłonnościami, z własną pychą i egoizmem, a Golgotą jest uśmiercanie tego wszystkiego, co złe we mnie. Innym znów razem, choć dalej w ciszy i samotności, droga ta wiedzie wśród niezrozumienia, drwin, obmów, czasem fałszywego świadectwa. I wtedy, gdy to z pokorą przyjmuję ofiarowując Tobie, pomagasz mi uśmiercić we mnie wszystko to, co sprzeciwia się miłości bliźniego. Moją Golgotą wówczas jest zadawanie śmierci miłości własnej i uczenie się od Ciebie miłości szczerej, czystej, wybaczającej tym, którzy zło mi uczynili. Ujrzałem Cię, pokochałem, idę za Tobą pomny na Twoje słowa, że tam gdzie, Ty tam i Twój sługa. Jezu Ufam Tobie, cały jestem Twój teraz i na wieki. Amen !

Wszystko, czego nie uczyniłeś…

Panie mój, rozważając Twoje dzisiejsze słowa po raz pierwszy zacząłem się zastanawiać nad czymś, co nigdy nie przyszło mi jakoś na myśl. Otóż jeśli jesteś w drugim człowieku, to czemu On potrafi być zły, ranić, zabijać? Przecież to nie trzyma się kupy, bo to tak, jakbyś Ty to robił. Przecież jak grzeszę, mam focha, jestem nieuprzejmy czy kłótliwy, to nie mogę powiedzieć, że to ty we mnie taki jesteś. A przecież Ty jesteś Miłością. Zacząłem się nawet zastanawiać, czy te słowa nie powinny brzmieć ”cokolwiek uczyniliście… to tak jakbyście mi to uczynili”, co wskazywałoby na to, że jest to tylko symboliczna obecność.

Synu, jestem w każdym człowieku, niezależnie od tego czy jest dobry czy zły. Pamiętasz moją przypowieść o siewcy i ziarnie? Tu dzieje sie podobnie. Ziarno pada na glebę, i twoja wolna wola pozwala mi zająć się ogrodem twego serca, pielęgnować, przemawiać doń, wzrastać ziarnu i w końcu zaowocować, lub gdy powiesz “nie”, ziarno choć początkowo zacznie wschodzić zostanie jednak zagłuszone i zabite przez chwasty. Ja w moim Słowie jestem w tym człowieku, lecz głuchy jest on na moje wołanie, zniewolony czyni to, co nieraz na zawsze oddala go ode Mnie. Prosisz Mnie o oczy serce, dłonie, stopy, właśnie po to, aby być jak Ja, kochać Mnie w innych i aby służyć Mi w innych. Tylko zbliżając się do światła, tylko trwając w tym świetle, jesteś w stanie dostrzec Mnie w bliźnim. Pamiętasz jak Ci to kiedyś uświadomiłem? Pamiętasz jak minąłeś  ubogiego, którego ileś miesięcy wcześniej poznałeś? Udałeś że go nie znasz, wstydząc się, że jeszcze was ktoś zobaczy. Bardzo szybko ci uświadomiłem, że właśnie Mnie minąłeś i nie poznałeś.

Tak, Jezu, pamiętam ten dzień i chyba nigdy go nie zapomnę, to było jak uderzenie obuchem w głowę, lub Pawłowe spadnięcie z konia. Uświadomiłeś mi, że właśnie minąłem Cię na ulicy i nie poznałem Cię. Gdybyś mi tego nie uświadomił, pytałbym Cię jak ci z lewej strony “kiedy widziałem Cię na ulicy i nie chciałem znać?”.

Właśnie, wszystko, czego nie uczyniłeś jednemu z tych Moich braci najmniejszych, Mnie nie uczyniłeś!

Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy źle się mają…

Pójdź za Mną, nie lękaj się ani nie trwóż, zostaw wszystko i chodź…

Jezu, na początku Wielkiego Postu wołasz mnie ponownie, wołasz mnie tak, jak uczyniłeś to już wiele lat temu. Poszedłem za Twoim głosem, ale po drodze ustałem, moja miłość chyba przygasła, wiara stała się przygłucha, po drodze błądziłem. Zamiast iść cały czas prostą, wytyczoną przez Ciebie drogą, szukałem ścieżek, które wydawały mi się bardziej atrakcyjne. Tak, wracałem na właściwą drogę, ale gdy tylko gdzieś trafiła się tajemna ścieżka, już na niej byłem. Zawinięty jak gąsienica we własny kokon, przysnąłem. Wydawało mi się, że idę cały czas za Tobą, ale tak naprawdę wlokłem się tylko, a zaskorupiały kokon i liczne na bocznych ścieżkach atrakcje zniewalając mnie skutecznie mnie spowalniały i rozpraszały, brudząc jednocześnie moje serce, oczy, ciało. Teraz oto Ty stajesz przy mnie ponownie mówiąc: chodź, pójdź za Mną. Ale czy ja mogę Panie? Chciałem, jak dziecko, sam pobawić się łódką mego życia, wziąłem jej stery w swoje dłonie, i skończyło się to skałami oraz mielizną, na której utknąłem. Jakże bym miał teraz na nowo wypłynąć na szerokie wody, skoro ze mnie taki marny marynarz i wędrowiec?

Synu, nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Ja jestem lekarzem twej duszy, przylgnij do Mnie całym sercem, zaufaj, daj się prowadzić, oddaj ster swego życia w Moje ręce. Daj się oczyścić z wszystkiego, co cię brudzi, krępuje twoje ruchy. Przyłożywszy dłoń do pługa nie oglądaj się wstecz, nie skupiaj się nad tym co było, lecz nad tym co jest teraz. Tu i teraz bierz krzyż i idź za Mną, tu i teraz staraj się nie marnować żadnej okazji do okazywania miłości i jej uczynków. Tu i teraz staraj się nie marnować tych drobnych chwil, które możesz Mi ofiarować. A takich chwil w swojej codzienności masz wiele. Zrzuć z siebie jarzmo, które cię zniewala, a które wkładasz na swoje barki chodząc po niewłaściwych ścieżkach. Weź moje jarzmo na siebie i ucz się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem. Tylko niosąc Moje jarzmo nauczysz się patrzeć Moimi oczami, kochać Moim sercem, a twoje myśli i słowa przepełnione będą Moją nauką.

Dwa jarzma jak dwa sztandary, codziennie mam wolny wybór, codziennie staję po jednej lub drugiej stronie. Jarzmo złego, które wkładam mami mnie pozorną wolnością, jest często kolorowe, głośne oferujące przyjemności, pieniądze, zabawę. Jest ponętne, ale nie liczy się z drugim człowiekiem, karmiąc swój własny egoizm i pychę, zabijam to co piękne i Boże w sobie, w drugim człowieku, który staje się tylko narzędziem do zaspokajania egoistycznego łaknienia. Zniewala mnie i zatapia w bagnie własnej nieczystości. Ty zaś, Jezu, dajesz mi własne jarzmo do niesienia. Nie jest ono medialne, wręcz jest nagłośnione jako zniewalające, bo oferuje krzyż, nakłania do zapominania o sobie, o wyzbywaniu się swego “ja”, mówi o pokucie, wyrzeczeniu, wręcz o codziennym umieraniu. Zniewala, bo zabrania ludziom na “róbta co chceta”. Ale tak nie jest. Ta pozorna niewola jest w rzeczywistości drogą ku wolności, ku czystej i pięknej miłości, do dostrzegania Twojego oblicza i Ciebie samego w drugim człowieku. Jest wreszcie dostrzeganiem człowieka w człowieku.

Jezu, idąc przez chaszcze na swojej drodze pozapominałem o talentach, które mi dałeś, zanieczyściłem je brnąc po bagnach i błocie, ale dziś na progu Wielkiego Postu, gdy po raz kolejny mnie wzywasz, przychodzę do Ciebie jak ów trędowaty prosząc: oczyść mnie Panie. Pomóż mi zrzucić z siebie jarzmo niewoli, a przyjąć Twoje słodkie brzemię. Amen.

Jezu, jesteś całym moim życiem!

Synu, czy rzeczywiście Jestem całym twoim życiem?  Czy wiesz z czym się wiąże podążanie za Mną?  Czy jesteś gotowy każdego dnia brać swój krzyż i iść za Mną? Droga po Moich śladach, to często droga pod prąd, przeciwna drodze światowej z jej modami, trendami, opiniami, mówiącymi jak żyć, aby nie być zacofanym, obciachowym, to często droga odrzucenia, niezrozumienia. To droga codziennego przezwyciężania siebie samego, to droga wiodąca do serca wolnego, czystego, skupionego na Mnie. Spójrz na swoje serce, zobacz ile jest ciebie w tobie, a ile miejsca jest tam dla Mnie. Spójrz w swoje serce, jakie uczucia się w nim rodzą kierując następnie twoimi słowami, zachowaniem. Jeśli byłbym naprawdę całym Twoim życiem, twoje serce słuchałoby Moich napomnień, zważałbyś na Moje słowa, naukę, przestrzegał przykazań, zwłaszcza najważniejszego – przykazania miłości. Nie skupiasz się na Mnie i tym samym zanieczyszczasz swoje serce dopuszczając do głosu, złość, gniew, zwątpienie, dopuszczasz do głosu pychę zachowując się tak, jakbyś wszystko wokół zawdzięczał sobie. Synu gdzie jest “bądź wola Twoja” przy każdym niepowodzeniu, przykrości, niesprawiedliwym sądom? Gdzie jest “bądź wola Twoja”, gdy dotykają cię obmowa, niesprawiedliwość, odrzucenie? Idąc za Mną nieraz wiele będziesz musiał wycierpieć, idąc za Mną, droga twoja będzie wiodła również na Golgotę, którą nieraz jest twoja codzienność. A krzyżem, który musisz nieść, przyjmowanie wszystkiego co przynosi dzień. To wymaga nieraz heroizmu i samozaparcia, kochać tych którzy cię nie kochają, są ci nie życzliwi, niesprawiedliwi, nieraz wrodzy. Patrzeć z miłością na tych, którzy z ciebie się naśmiewają, szydzą. Wychodzić im naprzeciw z pomocną dłonią, nie pamiętając złego, nie pałając chęcią zemsty. Jakże często jest to twoim codziennym krzyżem, o którym ci mówię, abyś go brał idąc za Mną. Tylko wtedy będziesz mógł powiedzieć, że jestem całym twoim życiem, tylko wtedy będzie to zgodne z prawdą.

Ecce Homo

Oto człowiek, mąż boleści, odepchnięty przez ludzi, wzgardzony tak, że mieliśmy Go za nic. Odarty z szat, godności, wystawiony na pośmiewisko pospólstwa. W płaszczu szkarłatnym i cierniowej koronie stoi Miłość, która mimo zdrady i odrzucenia ostatkiem sił bierze na ramiona drzewo krzyża, do którego przytroczone są grzechy nas wszystkich, i z miłości do nas ofiaruje się za nas. Miłość której znakiem jest również dzisiejszy popiół – jest on nie tylko znakiem naszej ograniczoności i nieuniknionego końca naszej doczesności, ale jest również znakiem, że ta Miłość, której bezgranicznie się oddamy i zaufamy, spopieli w nas wszystko to, co do niej nie należy.

Jezu, rozpoczynając w kolejny Wielki Post w swoim życiu, proszę, abyś wypalił ogniem swej miłości wszystko to, co nie należy do Ciebie, zwłaszcza wszytko to, co czyni nieczystymi moje oczy, serce, język. Pragnę czystości, bo Miłość jest czysta, a ilekroć o tym zapominam, widzę Ciebie w cierniowej koronie i płaszczu szkarłatnym, sponiewieranego również przeze mnie. Pomóż mi w walce, Jezu, abym umiał patrzeć Twoimi oczami, abym mówił Twoim głosem, kochał Twoim sercem, dotykał Twoimi dłońmi, aby stopy moje były Twoimi dążącymi ku bliźniemu. Stwórz o Boże we mnie serce czyste i odnów we mnie moc ducha. Amen!