Gwiazda wskazujące drogę

15935897_1889903454576278_1186793126_n

Mędrcy ujrzeli gwiazdę i udali się w drogę. Szli wpatrzeni w niebo, w gwiazdę która ich prowadziła. Po przebyciu swej często zapewne trudnej drogi, przybyli na miejsce, ujrzeli dziecię i matkę Jego. Oddawszy pokłon złożyli swe dary. Papież Franciszek mówi do nas: “jak Mędrcy ze Wschodu, tak też my pójdźmy uważnie, niestrudzenie i mężnie, by znaleźć niewidzialnego Boga, który urodził się dla nas.”

Patrząc na to wydarzenie, widzę osobę która jest nieco z boku, ale która symbolicznie jest z mędrcami przez cały czas. Osobą tą jest Maryja. Ona jest gwiazdą która ujrzeli, za która podążają, która ich prowadzi, która wskazuje im miejsce gdzie jest dziecię a w końcu pokazuje im cel wędrówki, czyli samego Jezusa. Mędrcy złożyli swe dary, złoto, kadzidło i mirrę.

Spoglądając wstecz na swoje życie, spoglądając na mędrców dostrzegam swoją własną drogę której źródłem było ujrzenie Tego którego i oni szukali.

Mam niewielką plastikową figurkę Niepokalanej, która towarzyszy mi już ponad trzydzieści lat. Wiele lat temu złamała się plastikowa aureola nad głową Maryi i pozostał jedynie na plecach kwadratowy garb. Skojarzył mi się on swego czasu z plecakiem i odtąd była to moja Maryja z plecakiem, Maryja wędrująca przez życie wraz ze mną, towarzysząca mi na wszystkich drogach życia. Co ma to wspólnego z mędrcami? Myślę, że wiele. Tak jak oni pod jakimś wewnętrznym natchnieniem wyruszyłem w nieznana drogę, wpatrzony w gwiazdę która została mi dana, i która prowadziła mnie oświecając mą drogę. Mędrcy wieźli ze sobą dary, które złożyli u stóp Dziecięcia i Jego matki. Złoto, kadzidło i mirra to jak wiara, nadzieja i miłość. Zanim wyruszyłem w drogą wpatrzony w moja gwiazdę przewodnią zasiane zostały w mym sercu ziarna tych darów. Tylko z nimi, gdy już zaczęły kiełkować i wyrastać, gotowy byłem do pójścia, jak mędrcy, w nieznane. Szedłem jak oni wpatrzony w Nią, tylko wtedy udawało mi się przejść bezpiecznie – gdy tylko odwracałem wzrok, gubiłem Ją z oczu, gubiąc samego siebie na tej drodze. Ale moja Maryja z plecakiem była cały czas w pobliżu, i tak, jak przysłowiowa “trwoga to do Boga”, tak i ja ostatkami sił nieraz szukałem na niebie mojej gwiazdy. Dostrzegłszy Ją, podnosiłem się idąc dalej. Ziarna zasiane w sercu kiełkowały i rosły powoli, a ja wzmacniany przez nie szedłem szukając niewidzialnego Boga, który dla mnie stał się Człowiekiem. Idąc i wskazując mi drogę, stawiała również ludzi na niej, dając mi w ten sposób znać, abym ufał i nie wątpił, abym wierzył i słuchał. Wspomnę tu tylko o jednym z wielu takich przypadków. Będąc również jakieś ponad 30 lat temu w szpitalu dostałem cudowny medalik. Radość moja, dziecka może infantylnie kochającego Maryję, była wielka, i oto niedawno po tylu latach spotkałem kobietę z rąk której właśnie dostałem wtedy ten medalik.

Gdy mędrcy dotarli do celu oto ujrzeli Dziecię, upadając na twarz oddali Mu pokłon. Ta która w symbolu gwiazdy ich prowadziła do dziecięcia, która wskazała im miejsce Jego obecności, teraz nie zasłania Go, nie zastępuje,  wskazuje im Dziecię.

Tak, Maryja nie przysłania nam Jezusa, nie zajmuje Jego miejsca, wprost przeciwnie, pomaga do niego dojść, a doprowadziwszy, staje z boku, cicha, pokorna, nie narzucająca się. Moja droga, którą mi wskazywała też w pewnym sensie osiągnęła swój cel, i ja, jak mędrcy odnalazłem Jezusa, mi również wskazała miejsce Jego obecności. Mędrcy powrócili do swoich krajów, swoich zajęć, mieli w swych sercach tylko wspomnienie tego którego ujrzeli, a ja, dzięki Jej fiat, mogę spotykać Go codziennie obecnego w Najświętszym Sakramencie.

Moja Niepokalana z plecakiem jest obok, nie przysłania mi Syna, ale kroczy ze mną dalej poprzez moją codzienność. Nie mówi wiele, ale przez swoje fiat  uczy mnie mówić Bogu “bądź wola twoja” – wskazując na Syna mówi: zrób wszystko cokolwiek Ci powie. Ucząc mnie słuchać i iść za natchnieniami serca, a przyjmując każdy dzień z miłością i ze wszystkim co ze sobą niesie, uczy mnie trwać przy Jezusie, tak jak Ona trwała pod krzyżem.

Mędrcy ofiarowali dziecięciu złoto, kadzidło i mirrę, a ja gdy będę u schyłku swej drogi, co mogę ofiarować Jezusowi?  Jestem pewien, Maryjo, że pod Twoją dłonią i czujną opieką  ziarna dawno temu zasiane przyniosą owoc obfity, że będę mógł Bogu mojemu złożyć u stóp złoto miłości, kadzidło modlitwy i mirrę przyjmowanego i niesionego krzyża codzienności.

Powyższy tekst jest nieudolnym świadectwem i podziękowaniem Niepokalanej za Jej obecność w moim życiu i na mojej drodze do Boga, podziękowaniem za sytuacje i ludzi, których stawiała na niej.

Advertisements

Wstanę i wrócę do mojego Ojca…

pig

Jezu, przede mną kolejna spowiedź, kolejne obmycie duszy ochlapanej błotem grzechu. Jest błoto świeże, ale jest i stare, zaschnięte, którego w żaden sposób pozbyć się nie mogę lub wręcz nie chcę. Zachowuję się jak umyta świnia wracająca z powrotem do błota w którym się taplała. (por,2P2,22)

Synu zastanów się nad swoim powołaniem, i nie sprzeniewierzaj się Mi, za wielką cenę zostałeś bowiem wyzwolony z więzów grzechu, aby na nowo w nie wchodzić. Poprzez mocnego ducha pragnąłeś zwyciężyć ciało, a to oznaczało aby nie grzeszyć dobrowolnie i tym nie ranić Mnie. Pragniesz wypełniać Moja wolę w swojej codzienności, a czy potrafisz być jak Lot? ” … uginał się pod ciężarem rozpustnego postępowania ludzi nie liczących się z Bożym prawem – sprawiedliwy bowiem mieszkając wśród nich z dnia na dzień duszę swą sprawiedliwą miał umęczoną przeciwnymi Prawu czynami, które widział i o których słyszał” (2P 2,7-9). Czy raczej wolisz zuchwale i zarozumiale podążać za tym wszystkim co oferuje ci świat i za tym co widzisz, słyszysz i co staje się pięknym i bezgrzesznym. Nie zbłądź, synu, i nie idź drogą Balaama, aby zwykły osioł nie okazał się mądrzejszym od ciebie. Bacz, abyś nie stał się ślepcem, który za wszelką cenę stara się być przewodnikiem.

“Wstanę i wrócę do mojego Ojca”, każda spowiedź jest powrotem, każda podniesieniem z upadku, człowiek nie jest wolny od błędu, ale powinien być wolny od świadomego i dobrowolnego trwania w grzechu. Jezu, do Balaama przemówił osioł, a do mnie może przemówi ten utytłany w błocie wieprzek. Na przykładzie syna marnotrawnego pokazujesz mi miłosierdzie Swoje. I do tego Miłosierdzia się uciekam, w ramiona Twoje pragnę wtulić mówiąc totus Tuus, jesteś moim Panem, moim Bogiem, króluj w moim sercu, duszy, codzienności. Amen.

copyright

Co pozostaje duszy pragnącej podążać za Tobą?

man-walking-down-road-to-sunrise

Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię. (Mk 16, 15)

Jezu, iść i głosić Twoje słowo narodom świata. Iść tam, gdzie Duch Św. każde iść. Iść tak, jak szli Apostołowie. Lecz nie każdemu to jest dane, nie każdy może być jak Apostołowie, nie każdy może być jak dzisiejsi misjonarze. Co wtedy pozostaje duszy pragnącej podążać za Tobą?

Synu, przyjmuj z miłością to co przynosi ci każdy dzień. Głoś Ewangelię swoim życiem, słowem, w środowisku w którym jesteś. Może głosić Ewangelię poprzez wiele dobrych gestów przepojonych miłością. Dobry uczynek, życzliwe słowo, uśmiech, pomoc drugiemu. Takimi drobnymi gestami świadczysz o Mnie, głosisz Dobrą Nowinę. Apostołowie mieli trudne zadanie, ale ty również nie masz łatwego, bo nie raz trudno jest dawać świadectwo o Mnie w społeczności która zna cię od dziecka, która wie, lub wydaje się jej że wie, niemal wszystko.

Tak, Panie mój, to często jest trudne, często jest krzyżem codzienności. Niezrealizowane plany, marzenia, droga, którą zaczęło się iść, lecz która okazała się nie tą drogą. Powołanie, które okazało się innym, niż to, do którego się dążyło. Po ludzku patrząc – człowiek przegrany, zmarnowane lata które poświęciło się na realizację niespełnionego marzenia.

Synu, twoje drogi nie są moimi, nie zawsze jest tak, aby było. Lecz jeśli mi zaufałeś i zawierzyłeś, to wiedz, że nie wypuszczę cię z Moich dłoni. Spójrz dziś na Marka. Wraz z Pawłem i Barnabą wyruszył na misję. Po kilku miesiącach wrócił do domu. Czy możesz powiedzieć, że przegrał? Absolutnie nie, opisał Dobrą Nowinę, która usłyszał z ust Piotra. Nie możesz więc przekreślać siebie, ani drogi, którą idziesz. Przylgnij do mnie i pozwól się prowadzić.

Jezu, wydawało mi się, że misje to wielki świat. A Ty pokazałeś i pokazujesz mi, że tak nie jest. Droga, którą poszedłem była Twoją i moją, ale do pewnego momentu. Później moja już nie była tą drogą, którą chciałeś mnie prowadzić. Zrozumienie czemu było tak a nie inaczej przyszło po czasie. Przylgnąłem do Ciebie Panie, oddałem się cały Tobie. Codziennie uczę się Ciebie i uczę się od Ciebie. Codziennie zaczynam od nowa, choć czasem w drodze upadam. Wciąż jednak słyszę te słowa: kochać to znaczy powstawać.

copyright

Idąc z różańcem przez dzisiejszy dzień…

SEMC 3MP DSC

Jezu, Panie mój, dziś pragnę Cię uczcić i uwielbiać w Twoich świętych. Zwłaszcza dziękuję Ci za tych, których stawiałeś i stawiasz na mojej drodze. Za tych, którzy byli tylko tchnieniem dla mojego serca, tchnieniem, które pozwoliło mi iść, i za tych którzy na dłużej zostali przy mnie prowadząc i wskazując jak mam iść po drodze, którą mi wyznaczyłeś. Jezu, dziękuję Ci, że zechciałeś zatrzymać się w sercu grzesznika, że wskazujesz na tak wielu, którzy mnie wyprzedzili w drodze do Ciebie. Maryjo, poprzez dzisiejsze tajemnice różańca, poprzez wszystkie jego części, pragnę być z Tobą bliżej Twojego Syna, dziękując za przykłady tak wielu. Pragnę ofiarować ten dzień Twojemu Sercu, Niepokalana. I was, proszę znani i nieznani, którzy jesteście tak blisko Boga o modlitwę za nie. O wiarę, nadzieję, miłość, o mądrość w rozpoznawaniu i pełnieniu woli Bożej w swoim życiu, o wytrwanie do końca.

Idąc z różańcem przez dzisiejszy dzień, pragnę ofiarować swoją modlitwę za tych wszystkich, którzy poprzedzili mnie do wieczności. Wraz z Maryją, świętymi mymi patronami i opiekunami ofiaruję Tajemnice Radosne za wszystkie dzieci, które odeszły z tego świata. Te przedwcześnie urodzone, te bestialsko pomordowane którym nie dane było zachłysnąć się powietrzem, te, które umierają z głodu, chorób, z powodu konfliktów zbrojnych. Tajemnice Światła za wszystkich zmarłych kapłanów, braci, siostry zakonne, zwłaszcza za tych których znałem, którzy odcisnęli swe znaki na mej duszy, sercu. Bolesne za zmarłych krewnych, przyjaciół, znajomych, za wszystkie dusze w czyśćcu cierpiące. A w Chwalebnych pragnę wraz ze świętymi dziękować Ci za łaskę, za dobroć Twoją Panie, za miłosierdzie jakie mi okazujesz, pragnę dziękować Ci za wszystko. Za Twoją mękę, zmartwychwstanie, za szczególnie za Twoją miłość. Amen.

copyright

Fatima

(fot. Henryk Przondziono/gosc.pl)
(fot. Henryk Przondziono/gosc.pl)

Co do Najświętszej Dziewicy, często chwytam się na tym, że mówię do Niej: Ależ, moja Najświętsza Panno, widzę, że jestem szczęśliwsza od Ciebie, bo mam Ciebie za Matkę, a Ty nie masz Najświętszej Dziewicy, by Ją miłować. My jesteśmy bogatsi, skoro posiadamy Jezusa i Ty także należysz do nas.
Św. Teresa od Dzieciątka Jezus

13 maja od rana, czyli od momentu jak wsiadłem na mój pojazd jadąc do pracy, postanowiłem rozmyślać nad tym właśnie cytatem małej Teresy. W ciągu dnia, gdy tylko nadarzała się okazja, odpływałem myślami do odległej ,a jednak tak bliskiej memu sercu Fatimy, i do trójki małych pastuszków. Rozmyślałem, jaką odwagę i miłość mieli w sercach odpowiadając na głos Maryi, i o tym, jaki mieli wpływ na moje decyzje w pewnym okresie życia. I Pan Bóg dał mi poznać tego dnia, jak bardzo daleki jestem od tych ideałów, które przyświecały mi kiedyś. Po powrocie z pracy zamierzałem chwilę odpocząć  i napisać coś od siebie, dziękując wraz ze świętą Teresą Maryi za to, że była i jest naszą najlepszą Matką. Niestety, tak bardzo rozbolał mnie ząb, że nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Nie pomagały ani tabletki, ani zimna woda, która zamiast ulgi przynosiła jeszcze większy ból, ani nawet zatruwanie zęba. Ból nieznośny i trudny do wytrzymania trwał do późnego wieczora. Spokojnie do tego nie podchodziłem – byłem zły, niemal wściekły na wszystko, na dentystę, na zęby, że w ogóle rosną. W pewnym momencie przyszła mi myśl, że ten ból obnaża moją słabość i że bardziej mężnie powinienem go znosić. Zdałem sobie w tym momencie sprawę, że lepszego rozmyślania w tym dniu mieć nie mogłem. Było ono nie tylko teoretyczne, ale miało swoje odzwierciedlenie w praktyce. Nie potrafiłem przyjąć i ofiarować Tej, którą ponoć kocham, cierpienia które na mnie przyszło. Sam bez pomocy Bożej chciałem z bólem zawalczyć, i to właśnie było obnażeniem mojej słabości. Powinienem mężniej to znieść, a uczyniłbym  to tylko przytulając się w sercu do krzyża i ofiarując to cierpienie.

Ofiarowałam się Maryi, oddałam się Jej z pełnym zaufaniem. Tyle razy mnie wysłuchała, tak, że nigdy nie zdołam dostatecznie wyrazić Jej mojej miłości i wdzięczności.
Bł. Elżbieta od Trójcy Świętej

Ofiarowałem się Maryi, wysłuchiwała mnie zawsze, teraz również nie zostawia mnie nigdy samego. Mogłem okazać Jej moja miłość i wdzięczność naśladując dzieci z Fatimy, ale zajęty sobą nie pamiętałem o tym. Jezu spraw, abym w mojej codzienności nie marnował żadnego cierpienia, wyrzeczenia, które mogę ofiarować w tych intencjach, które Tobie szczególnie polecam.

Krnąbrny Baran

(fot. humorek.com.pl)
(fot. humorek.com.pl)

Moje owce słuchają mego głosu, a Ja znam je. Idą one za Mną

Idą, ale czy zawsze? Właśnie wróciłem ze spotkania Odnowy. Wszystko ładnie, pięknie, modlitwa, śpiew, dziękczynienie. Po spotkaniu uświadomiłem sobie, że w dniu dzisiejszym słowa o owcy potulnej, słuchającej głosu swego pasterza, mnie nie zawsze dotyczą. Zwłaszcza dzisiaj, gdy po raz kolejny okazało się, że jestem raczej krnąbrnym baranem…

Rano w uszach dźwięczały mi słowa: nie boję się choć ciemno jest, Jezus za rękę prowadzi mnie. W uniesieniu tych słów w myślach pojawiły się słowa: ubierz się cieplej. No ale gdzie tam, ranek w miarę ciepły, ja tylko parę kilometrów rowerem, więc raczej nie zmarznę. Znowu słowa: może się popsuć aura i będzie zimno. Ale jednak uparłem się i zrobiłem po swojemu. W koszuli i cieniutkiej bluzie wyruszyłem w drogę. Po południu było zimno, wietrznie i deszczowo. Wróciłem do domu przemarznięty.

Jezus prowadzi za rękę każdego dnia, każdego dnia Jego owce wsłuchują się w Jego głos. Ale często w szarej codzienności zdarzają się krnąbrne barany wiedzące lepiej. Jezu, dziękuję Ci za każdy dzień, za każdą chwilę, w której uświadamiasz mi moje braki, moją małą wiarę i małe zaufanie do Ciebie.

Bądź wola Twoja

Przychodzę Boże, pełnić Twoją wolę. Codziennie Ci mówię “…bądź wola Twoja”, ale czy mówię to szczerze? Czy mam świadomość tych wypowiadanych przeze mnie słów? Bądź wola twoja – słowa te wypowiadane w radości, szczęściu, w chwilach gdy wszystko dobrze mi się układa są wypowiadane z taką lekkością i łatwością. Ale tylko Ty wiesz Panie, jak ciężko  je wypowiadać gdy wokół ból, łzy, gdy tak ciężko dostrzec promyk światła w otaczającej nieraz ciemności, jak ciężko przez zaciśnięte zęby wypowiedzieć “bądź wola Twoja”, gdy przygniata codzienny krzyż.

…Bo kto pełni wolę Bożą, ten Mi jest bratem, siostrą i matką. (Mk 3,31-35)

Przychodzę pełnić Twoją wolę, pragnę wypełniać ją całym życiem, całym sobą. Aby ją wypełniać nie każesz robić wielkich rzeczy, mówisz mi  tylko, aby codziennie brać krzyż swój i Ciebie naśladować. Bądź przy mnie Jezu, naucz mnie brać swój codzienny krzyż, brać każdy dzień takim jaki mi dajesz i mówić z miłością “bądź wola Twoja”. W szczęściu, radości, w bólu, w cierpieniu niech będzie jak Ty chcesz Panie. Amen.

copyright