Dwa Serca

Jezu, czy moja wiara potrzebuje serca? To jedno, moje, rozumiem, że jest mi potrzebne do życia, ale że potrzebuje jeszcze dwóch?

Synu, twoja wiara potrzebuje trzech połączonych ze sobą serc, z tym najważniejszym, twoim, otwartym, szczerym, gotowym dla Mnie na wszystko. Wiara aby być żywą, potrzebuje tak jak każdy żywy organizm, wszystkiego co niezbędne do życia: a więc serca, krwioobiegu, pokarmu, tlenu, światła. Ty sam z siebie nie jesteś w stanie zapewnić sobie tego wszystkiego. Twoje serce zdane tylko na siebie bardzo szybko ulegnie pysze, stanie się letnie i zaskorupiałe, dusza zaś oziębnie, a ty sam staniesz się koszyczkowym katolikiem, nie zastanawiającym się nad sensem wypowiadanych słów, ani nad symboliką gestów.

Koszyczkowym katolikiem nie zastanawiającym się nad sensem wypowiadanych słów, ani nad symboliką gestów? Co oznaczają te słowa, i co robić aby takim nie być? Co robić aby moja wiara była żywą, rozwijającą się, aby przynosiła owoce, aby nie stała się jak nieurodzajne drzewo figowe, które poza liśćmi nic nie ma do zaoferowania?

Koszyczkowym byłbyś wtedy, gdy pojawiał byś się przede Mną tylko ze święconką w Wielką Sobotę, no i może z parę razy w ciągu roku, od przypadku do przypadku. Bez zastanowienia wypowiadałbyś słowa pieśni czy modlitw, które w rzeczywistości w twoich ustach byłyby jak te liście na drzewie figowym. Pełno ich, mają swój urok, ale nikomu na nic nie są potrzebne. Puste, nie odnoszące się nijak do tego, czym żyjesz na co dzień. A ty, aby prawdziwie żyć Mną w swojej codzienności, potrzebujesz tego, co dają ci Dwa Serca, Moje i Mojej Matki. Ja daję ci Siebie, Moje Serce jest twoim pokarmem, Wodą Żywą, Światłem, a moje Słowo jest powietrzem, którym oddychasz. Serce Mej Matki uczy cię pokory, zasłuchania, rozważania Słowa i odpowiadania na nie, przyjmowania Mojej woli.
Twoje serce gdy wrośnie w te dwa Serca, owocować będzie żywą wiarą…

Advertisements

Nigdy nie jesteś sam

Pamiętaj, że nie jesteś sam. Ja jestem z tobą przez wszystkie dni, aż do skończenia świata. Jestem obecny w twoim życiu, w twojej codzienności, a najbardziej obecność Moją możesz dostrzec i odczuć w maleńkiej białej Hostii. W niej zamknięty, Ja, więzień miłości, czekam na ciebie. Przyjdź tu, gdzie bije źródło Wody Żywej, gdzie zakosztujesz Chleba Życia, gdzie ogień Miłości Serca Mojego ogarnie cię i przeniknie. Uwierz w moją Obecność, nie mijaj mnie obojętnie, nie dygaj przede mną bezmyślnie, a przyjmując mnie w Komunii nie przeżuwaj, jak wół mielący trawę. Nie jestem tylko pamiątką, tradycją, która należy kultywować, Ja jestem tu rzeczywiście obecny, w Ciele i Krwi. Dziecko moje, przynieś do Mnie swoje niepokoje, połóż na Mym ołtarzu swoje troski, abym mógł obetrzeć z twoich oczu łzy i ukoić twoje serce. Nie dosięgnie cię tu żadna zła siła, tu znajdziesz miłość, radość i tęsknotę, w tej małej białej Hostii, w której Ja jestem. Nie odrzucaj, nie odpychaj Miłości Mojej, ze mną będzie ci łatwiej iść w swojej codzienności, przynieś do Mnie i zostaw tu swoje smutki, posilony Moim Ciałem zacznij żyć!

Panie, jakże często w życiu jest ciężko. Ludzka codzienność czasami staje się ciężarem, który jest niemal ponad siły, przygniatając do ziemi. Życie staje się nudne, beznadziejne, powodując często depresję lub niechęć do życia. Nie raz kończy się to tragicznie, nie widząc światła, nie widząc sensu, ludzie poddają się ciemności. W rzeczywistości tym światłem przebijającym się przez ciemności, jesteś Ty, Jezu. Nie wymagasz dużo, jedynie wiary w to, że jesteś rzeczywiście obecny z Najświętszym Sakramencie. Zresztą, chodząc po ziemi, gdy nauczałeś i uzdrawiałeś, podstawą do Twojej Boskiej interwencji była wiara, tak jak u setnika czy kobiety kananejskiej. Tak, jak przed dwoma tysiącami lat, tak i dziś, pytasz o to samo – o wiarę. Czy rzeczywiście wierzę w Twoją Obecność w tabernakulach świata?

Ja jesteś światłością świata. Jestem słońcem twej duszy. Przyjdź do Mnie, jeśli brak ci słów, nie musisz mówić nic. Wpatruj się we Mnie i pozwól Mi działać w twej duszy, w twoim życiu. Tak, jak słońce, aby cię opalić, nie potrzebuje nic więcej, tylko twojej obecności, tak i Ja pragnę, abyś był. Bądź cierpliwy i zaufaj Mi. Ze Mną ciemność nie będzie ciemna, a noc jak dzień zajaśnieje. Nawet jeśli ciężko ci w to uwierzyć, to wiedz, że mimo to nigdy nie jesteś sam. Ja jestem obok i czekam. Stoję u bram twego serca i kołaczę. Jeśli Mi otworzysz i wpuścisz Mnie do swego życia, będę z tobą wieczerzał, posilając cię na twą codzienną wędrówkę. Ja jestem Chlebem Żywym, który z Nieba zsątpił. Posilaj się jak najczęściej, abyś miał życie w sobie i zachował je na życie wieczne.

Jezu, zaledwie wczoraj w szczególny sposób oddawałem Ci chwałę i cześć manifestując wraz z innymi swoją wiarę w Twoją Obecność w Najświętszym Sakramencie. Tak idąc i przyglądając się, naszło mnie pytanie: czy rzeczywiście wierzymy w Twoją obecność? Czy jest to kolejne puste święto i tradycja, świąteczny spacer, na którym można pogadać, pozaglądać w okna i na podwórka sąsiadów, no i oczywiście pokaleczyć brzozy, obrywając gałązki? A Ty? Wydajesz się samotny i opuszczony, choć niesiony w tłumie przy dźwiękach dzwonków, orkiestr, w towarzystwie dziewczynek sypiących płatki kwiatów pod stopy kapłana. Ale wierzę w to, że nie jedne oczy wpatrywały się w  Ciebie mówiąc “Panie, ratuj! Do kogóż pójdziemy?”. A Ty, z wysokości ramion kapłana, odpowiadasz każdej duszy z osobna: nie lękaj się, nie jesteś sam. Ja jestem z tobą po wszystkie dni, aż do skończenia świata.

Ujrzeć Zmartwychwstałego

“Gdzie się ukryłeś,
Umiłowany, i mnieś wśród jęków zostawił?
Uciekłeś jak jeleń,
Gdyś mnie wpierw zranił,
Biegłam za Tobą z płaczem, a Tyś się oddalił”.  

Jezu gdzie Jesteś, gdzie się ukryłeś? Tak niedawno chodziłem za Tobą, wsłuchiwałem się w Twoje słowa. Zraniłeś mnie swoją miłością, a ja pozwoliłem się zranić, uwiodłeś ma duszę, a ja pozwoliłem się uwieść podążając za Tobą. Lecz pewnej nocy straciłem Cię z oczu, biegałem, szukałem lecz znaleźć nie mogłem. Nazajutrz rankiem ujrzałem Cię niosącego ciężkie drzewo krzyża, zobaczyłem tą zgraję, która maltretowała Cię na tej drodze. Me serce zamarło, chciałem z płaczem biec za Tobą lecz Ty się oddaliłeś, a przeszkody na mojej drodze nie pozwalały mi dotrzeć do Ciebie. Gdy dotarłem w pobliże miejsca, na które Cię prowadzono, ujrzałem już tylko żołnierza przeszywającego włócznią Twoje serce. Nastała ciemność i to nie tylko ta na zewnątrz, ale ciemność zapanowała w mojej duszy. Moje serce ogarnęła fala smutku i żalu. Czy to już koniec?

“Ach i któż uleczyć mnie może! Ukaż mi się już wprawdzie, bez cienia! I nie chciej wysyłać już do mnie tylko zwiastunów którzy nie zaspokoją mojego pragnienia”.

Zwiastuni głoszący, że Cię widzieli – kobiety wracające od Grobu, Jan z Piotrem, uczniowie zdążający z pośpiechem do Emaus – wszyscy oni mówią o dziwach, które się działy. W końcu i pozostali uczniowie mówią o spotkaniu z Tobą. Czy jest to możliwe, czy Ty żyjesz , czy jesteś gdzieś w pobliżu? W duszy mrokiem ogarniętej zaświtała jutrzenka radości, powoli zwyciężającej lęk – jeśli oni Cię ujrzeli, to czemu nie miałbym i ja? Dlatego też z sercem lekko strwożonym zacząłem mówić do Ciebie:

“Odsłoń przede mną obecność Twoją i zadaj śmierć widokiem Twej boskiej piękności! Wszak wiesz, że nic nie ukoi cierpień zadanych grotami miłości, tylko obecność Twoja, widok Twej istności”.

Widokiem swoim zadaj śmierć, Jezu, mojej niewierze, nieufności w to że żyjesz, że jesteś gdzieś obok. Nie chce o tym słyszeć od innych, pragnę sam spotkać i zobaczyć Cię zmartwychwstałego. Zobaczyć obok, skłonić głowę na Twoim ramieniu i zatopić się w Tobie. Zmożony snem ujrzałem Marię pytającą o Ciebie pewnego ogrodnika, i nagle głos, tak serdeczny, tak znajomy, obudził we mnie wszystko co podążało za Tobą. Twe słowa “Mario” skierowane były również do mnie, w tym momencie wołając mnie po imieniu dałeś się poznać, że Jesteś, że żyjesz. To czego pragnąłem, spełniło się.

Synu, spełniło się, ale jak Marię wysłałem do moich uczniów, aby powiedziała o tym, co zobaczyła, tak i Ty nie możesz Mnie zatrzymać dla siebie. Musisz iść i świadczyć o Mnie. Masz być jak dusze we Mnie zatopione, musisz być zajęty słodyczą kochania, oddany Mi w swojej codzienności. Im bliżej Mnie będziesz, tym bardziej i szybciej będziesz Mnie poznawał. Serce twoje będzie pałało w każdej chwili, gdy odczujesz, że Jestem obok. Będziesz Mnie rozpoznawał w ludziach i wydarzeniach dnia, ale tylko wtedy, gdy będziesz na Mnie skupiony.

Jezu “Dusza ma Tobą zajęta jedynie,
całe moje jestestwo Twa służba pochłania!
Nie strzegę już stada
i nie mam innego starania,
zajęciem moim jest słodycz kochania.
Odtąd już nigdy błoń zielona
nie ujrzy mnie, ni pójdę kiedyś w tamte strony!
Powiedzcie wszystkim, żem dla nich zgubiona,
poszłam, gdzie mnie porwała miłość,
zgubiłam wszystko, lecz mam skarb niezgłębiony!
Kwiaty, szmaragdów rumieńce,
w porankach tchnących świeżością zebrane,
złożymy w zdobne wieńce,
Twojej miłości kwieciem obsypane,
I jednym włosem moim powiązane.
i jednym tylko włosem moim,
który na mojej szyi wiewem poruszony
ujrzałeś boskim wzrokiem Twoim,
zostałeś ubezwładniony,
jednym mych oczu spojrzeniem zraniony!
Gdy mnie swym wzrokiem ogarniałeś,
zostawiłeś w mej duszy Twych oczu odblaski,
i przez to we mnie tak się rozkochałeś!
A mym źrenicom dano wzniosłe łaski,
że mogę podziwiać piękności Twej brzaski.
O, nie chciej mną pogardzać,
choć twarz moja od żaru śniada słonecznego,
już możesz zwrócić Twój wzrok na mnie,
bo gdyś mnie objął w blask spojrzenia Twego,
okryłeś mnie wdziękami piękna czarownego.”

Oczyma mej duszy ujrzałem Zmartwychwstałego. Dotknął mego serca, dotknął moich dłoni. Na głos mego imienia w ustach Jego, biegnąc przez codziennego życia swego drogi, wiem że dotrę do miejsca gdzie Jezus mój drogi okrył mnie wdziękami piękna czarownego, gdzie on będzie cały mój, a ja cały Jego. Amen!

Cytaty – św. Jan od Krzyża

Po której stronie…?

Wjeżdżającego do Jerozolimy witały Mnie tłumy. Wylegli na ulice, radowali się na Mój widok, ścieląc pod Moimi stopami gałązki palmowe. Panowała radość i ogólne poruszenie. Moje Serce jednak odczuwało smutek, spoglądając na tych, którzy dziś wołają Hosanna!, a już za niedługo wołać będą ukrzyżuj Go!.

Jezu, te tłumy witające Ciebie, to również ja, i choć od Twojego wjazdu do Jerozolimy minęło już tyle lat, to jednak w atmosferze tamtego dnia aż tak wiele się nie zmieniło. Tłum witający Cię w Jerozolimie, to również ja witający Cię w moim życiu i sercu. I oto właśnie w tym miejscu rodzi się pytanie: po której stronie stoję, do jakiej grupy ludzi się zaliczam? Czy jestem wśród tych, którzy wylegli na ulicę powodowani czystą szczerą miłością, czy wśród tych, którzy wietrzyli tylko sensacje, pragnęli ujrzeć jakiś cud, a gdy nic takiego się nie stało, zaś Ten, który miał porwać tłumy do walki, Sam skazał się na śmierć, zmienili swój stosunek, gardząc Tym, którego z takim aplauzem witali?

Synu, nawiedzając cię, jak Jerozolimę, tego pamiętnego dnia, przynoszę ze sobą radość ze spotkania – serce twoje jest w euforii, radosne, oczekujące czegoś wielkiego. Napełniony tym uczuciem ścielisz pod Me stopy wszystko, co masz. Gdy jednak nie następuje to, czego oczekujesz, tracisz zapał, zaufanie, jesteś rozgoryczony i po czasie stajesz wśród tych, którzy zwątpili we Mnie. Umieram w twoim sercu tak, jak w sercach tych, którzy przyjęli Mnie powodowani tylko zwykłą ciekawością. A Ja, tak jak otwarcie mówiłem, czym jest Moja misja i Moja droga do Jerozolimy, tak, też powiedziałem, jaka jest droga tych, którzy przyjmują Mnie do swego serca. Nie jest to droga usłana różami, lecz droga, jaką Ja musiałem przejść, droga codziennego brania krzyża i zmagania się z wszystkim, co spotkasz na tej drodze. Nie zawsze będzie to wyglądało tak, jakbyś chciał, nie będzie cudów, znaków, słodyczy duchowych, zostanie tylko wiara i ufność. Jeśli wytrwasz i nie zwątpisz, będziesz miał jasność, po której stronie stoisz.

Ujrzeć Jezusa

Synu, tak, jak Grecy z dzisiejszej Ewangelii, tak i ty zapałałeś pragnieniem ujrzenia Mnie. Czy pamiętasz kiedy i jak do tego doszło, dlaczego wierzysz Mi i we Mnie, czemu pragniesz podążać za Mną?

Jezu, to było tak dawno temu, pamiętam jedynie że przyszedłeś do mnie jak do Zacheusza, a ja, jak Zacheusz poczułem ogromną radość z tych odwiedzin. Wtenczas to serce moje zapłonęło, od wtedy też chyba uwierzyłem w Ciebie. Dlaczego wierzę? nie zadawałem sobie nigdy tego pytania, a przynajmniej nie pamiętam tego, może dlatego, że pytanie to byłoby na zasadzie: czemu oddychasz? A czemu wierzę Tobie i pragnę podążać za Tobą? Dlatego, że Ci ufam. Nigdy mnie nie zawiodłeś, byłeś zawsze obok. Nawet gdy wydawało mi się, że Cię nie ma, Ty byłeś. Od zawsze mi to mówiłeś, od zawsze powtarzałeś: choćbyś szedł ciemną doliną, nie lękaj się, Ja jestem z tobą. I to pozwoliło mi iść za Tobą. A czemu pragnę iść? Rzekłeś: pójdź za Mną, i oto ja idę.

Ziarno wrzucone w ziemię musi obumrzeć za nim wyda plony, tak samo jest z tym kto podąża za Mną. Gdzie Ja jestem tam będzie i mój sługa. Czy jesteś gotowy aby obumierało w tobie wszystko to co nie należy do Mnie? Spoglądając wstecz czy zastanawiasz się, jak widzą cię ludzie, jak widzisz sam siebie, a jak widzę cię Ja?

O tym, jak widzisz mnie mówisz w swoim Słowie, wystarczy je otworzyć, aby natrafić na słowa pełne miłości, czułości, troski. Z tym, jak widzą mnie ludzie, miałem nie raz problem, ale ich osądy często odbiegają od prawdy. Zresztą, do takich rzekłeś: kto z was jest bez winy niech pierwszy rzuci kamieniem, a w innym miejscu: obłudniku czemu widzisz drzazgę w oku swego brata, a belki we własnym nie dostrzegasz. Najgorzej jest chyba z tym, jak ja sam siebie widzę, często bardzo odbiega to od tego, co widzisz we mnie Ty.

Najważniejsze dla ciebie powinno być to, jak Ja ciebie widzę, najmniej przejmuj się tym, co mówią inni. Nie potrzebują lekarza zdrowi lecz ci którzy się źle mają. Za mojego życia na ziemi otaczali mnie grzesznicy, celnicy, nierządnice, ludzie chorzy, odtrącani przez społeczeństwo. Przez to często i ja byłem tak postrzegany. Być tam. gdzie Ja, to być również na oszczerczych językach innych. Ogałacać się i umierać, to być jak Ja, odarty z godności, wystawiony w purpurze i cierniu na pośmiewisko i obelgi gawiedzi. Kto kocha swoje życie, traci je,a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne. Kochać swoje życie, to iść z duchem świata, często w zakłamaniu, fałszu, czasem może wbrew sobie. Ale jest to łatwiejsze, bo i droga szeroka i znaleźć na niej można wszystko to, co oferuje świat, bez oglądania i martwienia się o innych. To codzienna pogoń za pieniądzem, uciechami, luksusem, bez zastanowienia się, że nie to jest celem naszego życia, lecz środkiem, który ma nam pomóc w dotarciu do celu. Nienawidzić swego życia, to widzieć przed sobą inny, jasny cel, do którego dążysz, to świadomość, że jesteś tylko pielgrzymem na tej ziemi, że to tylko mrugnięcie oka naprzeciw wieczności, a wszystko co wokół jest ci dane i zadane, nie jest twoją własnością, lecz ma ci służyć na tejże drodze. Jest ona często wąska, wyboista, najeżona kamieniami i dołami, które nieraz powodują upadki. Jest to droga, która często wiedzie pod prąd płynącego świata. Jesteś, jak ziarno na tej drodze, które musi obumrzeć aby plon obfity przyniosło. Nie lękaj się, Ja jestem z tobą, ochraniam cię i strzegę, bez Mojej wiedzy nawet włos z twojej głowy nie spadnie.

Jezu, ujrzeć Cię, zachwycić się Tobą, pokochać, a potem iść za Tobą każdego dnia, mając na uwadze, że Twoja droga, to często droga krzyżowa prowadząca na Golgotę. Nie raz jest to droga w samotności, ciszy, gdy moją drogą jest walka z samym sobą, ze swoim grzechem, złymi skłonnościami, z własną pychą i egoizmem, a Golgotą jest uśmiercanie tego wszystkiego, co złe we mnie. Innym znów razem, choć dalej w ciszy i samotności, droga ta wiedzie wśród niezrozumienia, drwin, obmów, czasem fałszywego świadectwa. I wtedy, gdy to z pokorą przyjmuję ofiarowując Tobie, pomagasz mi uśmiercić we mnie wszystko to, co sprzeciwia się miłości bliźniego. Moją Golgotą wówczas jest zadawanie śmierci miłości własnej i uczenie się od Ciebie miłości szczerej, czystej, wybaczającej tym, którzy zło mi uczynili. Ujrzałem Cię, pokochałem, idę za Tobą pomny na Twoje słowa, że tam gdzie, Ty tam i Twój sługa. Jezu Ufam Tobie, cały jestem Twój teraz i na wieki. Amen !

Wszystko, czego nie uczyniłeś…

Panie mój, rozważając Twoje dzisiejsze słowa po raz pierwszy zacząłem się zastanawiać nad czymś, co nigdy nie przyszło mi jakoś na myśl. Otóż jeśli jesteś w drugim człowieku, to czemu On potrafi być zły, ranić, zabijać? Przecież to nie trzyma się kupy, bo to tak, jakbyś Ty to robił. Przecież jak grzeszę, mam focha, jestem nieuprzejmy czy kłótliwy, to nie mogę powiedzieć, że to ty we mnie taki jesteś. A przecież Ty jesteś Miłością. Zacząłem się nawet zastanawiać, czy te słowa nie powinny brzmieć ”cokolwiek uczyniliście… to tak jakbyście mi to uczynili”, co wskazywałoby na to, że jest to tylko symboliczna obecność.

Synu, jestem w każdym człowieku, niezależnie od tego czy jest dobry czy zły. Pamiętasz moją przypowieść o siewcy i ziarnie? Tu dzieje sie podobnie. Ziarno pada na glebę, i twoja wolna wola pozwala mi zająć się ogrodem twego serca, pielęgnować, przemawiać doń, wzrastać ziarnu i w końcu zaowocować, lub gdy powiesz “nie”, ziarno choć początkowo zacznie wschodzić zostanie jednak zagłuszone i zabite przez chwasty. Ja w moim Słowie jestem w tym człowieku, lecz głuchy jest on na moje wołanie, zniewolony czyni to, co nieraz na zawsze oddala go ode Mnie. Prosisz Mnie o oczy serce, dłonie, stopy, właśnie po to, aby być jak Ja, kochać Mnie w innych i aby służyć Mi w innych. Tylko zbliżając się do światła, tylko trwając w tym świetle, jesteś w stanie dostrzec Mnie w bliźnim. Pamiętasz jak Ci to kiedyś uświadomiłem? Pamiętasz jak minąłeś  ubogiego, którego ileś miesięcy wcześniej poznałeś? Udałeś że go nie znasz, wstydząc się, że jeszcze was ktoś zobaczy. Bardzo szybko ci uświadomiłem, że właśnie Mnie minąłeś i nie poznałeś.

Tak, Jezu, pamiętam ten dzień i chyba nigdy go nie zapomnę, to było jak uderzenie obuchem w głowę, lub Pawłowe spadnięcie z konia. Uświadomiłeś mi, że właśnie minąłem Cię na ulicy i nie poznałem Cię. Gdybyś mi tego nie uświadomił, pytałbym Cię jak ci z lewej strony “kiedy widziałem Cię na ulicy i nie chciałem znać?”.

Właśnie, wszystko, czego nie uczyniłeś jednemu z tych Moich braci najmniejszych, Mnie nie uczyniłeś!

Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy źle się mają…

Pójdź za Mną, nie lękaj się ani nie trwóż, zostaw wszystko i chodź…

Jezu, na początku Wielkiego Postu wołasz mnie ponownie, wołasz mnie tak, jak uczyniłeś to już wiele lat temu. Poszedłem za Twoim głosem, ale po drodze ustałem, moja miłość chyba przygasła, wiara stała się przygłucha, po drodze błądziłem. Zamiast iść cały czas prostą, wytyczoną przez Ciebie drogą, szukałem ścieżek, które wydawały mi się bardziej atrakcyjne. Tak, wracałem na właściwą drogę, ale gdy tylko gdzieś trafiła się tajemna ścieżka, już na niej byłem. Zawinięty jak gąsienica we własny kokon, przysnąłem. Wydawało mi się, że idę cały czas za Tobą, ale tak naprawdę wlokłem się tylko, a zaskorupiały kokon i liczne na bocznych ścieżkach atrakcje zniewalając mnie skutecznie mnie spowalniały i rozpraszały, brudząc jednocześnie moje serce, oczy, ciało. Teraz oto Ty stajesz przy mnie ponownie mówiąc: chodź, pójdź za Mną. Ale czy ja mogę Panie? Chciałem, jak dziecko, sam pobawić się łódką mego życia, wziąłem jej stery w swoje dłonie, i skończyło się to skałami oraz mielizną, na której utknąłem. Jakże bym miał teraz na nowo wypłynąć na szerokie wody, skoro ze mnie taki marny marynarz i wędrowiec?

Synu, nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Ja jestem lekarzem twej duszy, przylgnij do Mnie całym sercem, zaufaj, daj się prowadzić, oddaj ster swego życia w Moje ręce. Daj się oczyścić z wszystkiego, co cię brudzi, krępuje twoje ruchy. Przyłożywszy dłoń do pługa nie oglądaj się wstecz, nie skupiaj się nad tym co było, lecz nad tym co jest teraz. Tu i teraz bierz krzyż i idź za Mną, tu i teraz staraj się nie marnować żadnej okazji do okazywania miłości i jej uczynków. Tu i teraz staraj się nie marnować tych drobnych chwil, które możesz Mi ofiarować. A takich chwil w swojej codzienności masz wiele. Zrzuć z siebie jarzmo, które cię zniewala, a które wkładasz na swoje barki chodząc po niewłaściwych ścieżkach. Weź moje jarzmo na siebie i ucz się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem. Tylko niosąc Moje jarzmo nauczysz się patrzeć Moimi oczami, kochać Moim sercem, a twoje myśli i słowa przepełnione będą Moją nauką.

Dwa jarzma jak dwa sztandary, codziennie mam wolny wybór, codziennie staję po jednej lub drugiej stronie. Jarzmo złego, które wkładam mami mnie pozorną wolnością, jest często kolorowe, głośne oferujące przyjemności, pieniądze, zabawę. Jest ponętne, ale nie liczy się z drugim człowiekiem, karmiąc swój własny egoizm i pychę, zabijam to co piękne i Boże w sobie, w drugim człowieku, który staje się tylko narzędziem do zaspokajania egoistycznego łaknienia. Zniewala mnie i zatapia w bagnie własnej nieczystości. Ty zaś, Jezu, dajesz mi własne jarzmo do niesienia. Nie jest ono medialne, wręcz jest nagłośnione jako zniewalające, bo oferuje krzyż, nakłania do zapominania o sobie, o wyzbywaniu się swego “ja”, mówi o pokucie, wyrzeczeniu, wręcz o codziennym umieraniu. Zniewala, bo zabrania ludziom na “róbta co chceta”. Ale tak nie jest. Ta pozorna niewola jest w rzeczywistości drogą ku wolności, ku czystej i pięknej miłości, do dostrzegania Twojego oblicza i Ciebie samego w drugim człowieku. Jest wreszcie dostrzeganiem człowieka w człowieku.

Jezu, idąc przez chaszcze na swojej drodze pozapominałem o talentach, które mi dałeś, zanieczyściłem je brnąc po bagnach i błocie, ale dziś na progu Wielkiego Postu, gdy po raz kolejny mnie wzywasz, przychodzę do Ciebie jak ów trędowaty prosząc: oczyść mnie Panie. Pomóż mi zrzucić z siebie jarzmo niewoli, a przyjąć Twoje słodkie brzemię. Amen.