Pokarm z Nieba

Wielki już czas, o Panie! Zabierz moje życie,
bo nie jestem lepszy od moich przodków.
(1 Krl 19, 4)

Eliasz, rozpalony żarliwością o chwałę Pana, Boga zastępów, wycieńczony, a może też już zmęczony życiem, ma wszystkiego dość. Nie dość, że został sam spośród proroków Pana, to jeszcze teraz ucieka przed gniewem Jezebel, która dyszy żądzą zemsty po tym, jak ośmieszył i pozabijał proroków Baala. I oto podczas snu pojawia się przy nim Anioła Pana, zostawiając mu podpłomyk i wodę. Odpocząwszy i posiliwszy się ponownie, był gotów do dalszej drogi. Mocą tego pokarmu szedł 40 dni i nocy, aż doszedł do Bożej Góry Horeb. Tam spotkał Pana i dostał nakaz powrotu swoją drogą, i dalszej misji, jaką zlecił mu Bóg.

Jakże często my uciekamy przed rzeczywistością, przed tym, co niesie dzień, przyszłość? Ile razy będąc samotnymi na pustyni, zasypiamy z myślą, czy pragnieniem, aby już się nie obudzić? Na pewno nasze motywy są inne, niż Eliasza, ale nieraz nie mniej ciężkie. Niebo duszy zasnute jest chmurami, ciemność wydaje się nie do przejścia. Nie ma drogi ucieczki, nie ma sensu istnienia. Lecz zawsze w takiej chwili Pan przychodzi nam z pomocą mówiąc: odpocznij, posil się, bo jeszcze długa droga przed tobą”. Eliaszowi chleb i woda, dane przez Anioła, dały siłę do długiej wędrówki. Te biblijne 40 dni i nocy to tak naprawdę droga testu, próby, wyjątkowego doświadczenia, któremu został poddany. To także nasza droga przez codzienność. Czy potrwa ona miesiąc, rok czy kilkadziesiąt lat, my również mamy ten sam pokarm z Nieba. Bóg daje nam ten sam niebiański posiłek, a może i więcej – bo daje nam Samego Siebie, mówiąc “Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli ktoś spożywa ten chleb, będzie żył na wieki”. Przychodzi również do nas w Swoim Słowie, jako w zdroju Wody Żywej. Gdy tylko z wiarą posilać się będziemy, żadne ciemności, żadne burze, straszne i beznadziejne nie będą. A Pokarm ten stanie się najlepszym pokrzepieniem i umocnieniem duszy w jej wędrówce ku Bożej Górze, na której ma nadzieję, jak Eliasz, ujrzeć Pan, Boga zastępów.

Advertisements

Dwa sztandary, dwa światy…

Wojowaniem jest życie człowieka. Do tego wojowania staję każdego ranka. Gdy tylko otwieram oczy staję pod sztandarem, któremu Ty, Jezu, przewodzisz, lub wybieram sztandar złego, ulegając mu. Dziś mówisz do mnie przez usta św. Pawła, że stając pod Twoim sztandarem, oddając się Tobie, muszę porzucić dawnego człowieka, który ulega zepsuciu na skutek zwodniczych żądz. Nie mogę służyć dwóm panom, nie mogę służyć Bogu i mamonie. Pozwalasz mi, abym idąc za Tobą odnawiał się duchem w swoim myśleniu, abym przyoblekał się w nowego człowieka, stworzonego na Twój obraz w sprawiedliwości i świętości. Wybieram jeden ze światów, które współistnieją ze sobą, jak pszenica i kąkol w polu. Ale tylko jeden ze światów prowadzi do pełni życia i jest to świat, do którego każdego dnia mnie zapraszasz. Bardzo dużo rożni te dwa światy i dlatego choć ze sobą współistnieją, na co dzień się zwalczają. Co oferujesz mi Ty mówiąc “pójdź za Mną, stań pod Moim sztandarem, żyj w Moim świecie i dąż do Mego Królestwa, w którym masz mieszkanie przygotowane dla Ciebie przez Ojca”? Przeglądając karty Ewangelii, mogę się natknąć co rusz na Twoją ofertę:

Chcesz być pierwszym, bądź ostatnim; chcesz być wielkim, bądź małym; chcesz iść za Mną, zaprzyj się samego siebie, bierz swój krzyż każdego dnia i Mnie naśladuj. Jeśli uderzy cię ktoś w policzek, nastaw mu drugi. Przebaczaj, nie odwracaj się od tego, kto cię prosi, pochylaj się nad biednym i potrzebującym; i to nie tylko nad tym, który darzy cię sympatią, lecz także nad tym, który jest wrogo do ciebie usposobiony. Wszystko, co czynisz, czyń dla Mnie. Niech to wypływa z miłości, służy miłości i do miłości dąży. 

Trudne jest przebywanie tu na ziemi, w tym świecie. Życie w nim wymaga ode mnie ciągłej walki, ogołacania się i zmieniania. Stając pod Twoim sztandarem mogę doświadczyć niemal codziennie tego, czego Ty doświadczałeś w swoim ziemskim życiu. Droga za Tobą w tym świecie jest często wyboista i pod prąd płynącego jak rzeka życia.
A co oferuje mi sztandar złego i jego świat? O, tam droga jest prosta i szeroka. Tam można płynąć z nurtem życia. Tam mógłbym być kimś, jeśli tylko zrobię to, czego Ty nie zrobiłeś kuszony na pustyni – mam wszystko. Życie jest radosne i kolorowe. Wyrzucam z niego wszystko, co wymaga wysiłku, wyrzeczenia, cierpienia. Dostaję często to, czego chcę – pieniądze, sława, chleb do sytości. To mnie służą, to ja jestem kimś. Miłość – ona jest, aby służyć mi, moim żądzom, zachciankom, potrzebom. Drugi człowiek, tak na prawdę, nie liczy się wcale. Ważne jest tylko to tu i teraz zaspokojenie własnego ego. Nie ma tu mowy o krzyżu, którego najlepiej aby wcale nie było; o wyrzeczeniu czy samozaparciu. Świat ten jest w tak pięknym opakowaniu, że nawet idąc za Tobą, Jezu, ulegam często jego złudnemu urokowi. Żyjąc pod Twoim sztandarem, wyzbywając się starego człowieka, uwalniasz mnie z tego, co symbolizuje Egipt. Idę za Tobą, ale jakże często jest to droga, jaką szedł Izrael. Droga ciągłego narzekania, oglądania się za siebie, tęsknoty za tym, co się miało. To ciągłe wybieranie jest walką. Jest opowiadaniem się po którejś ze stron i wychodzenie w życie tego lub tego świata. Ale ja, krocząc za Tobą, Jezu, mam coś więcej niż manna i przepiórki. Mam pokarm, który jest pokarmem na życie wieczne. Który jest lekarstwem i wzmocnieniem mej duszy. Pokarm, którym Ty jesteś, jak sam to powiedziałeś: Ja jestem chlebem życia. Kto do Mnie przychodzi, nie będzie łaknął; a kto we Mnie wierzy, nigdy pragnąć nie będzie (J 6, 35). Ten pokarm, jak i świadomość Twojej obecności, pozwala mi mądrze wybierać, i mimo pokus, słabości i upadków, stawać pod Twoim sztandarem, mówiąc totus Tuus każdego dnia, każdej chwili, do końca ziemskiej drogi. Totus Tuus, na zawsze, na wieki, amen!

Różaniec i Szkaplerz

A obok krzyża Jezusowego stały: Matka Jego i siostra Matki Jego, Maria, żona Kleofasa, i Maria Magdalena. Kiedy więc Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: «Niewiasto, oto syn Twój». Następnie rzekł do ucznia: «Oto Matka twoja». I od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie.  
(J 19, 25-27)

*Pod krzyżem nie tylko Jan otrzymał Mnie za Matkę, zostałam nią również i dla ciebie. Pod krzyżem dostałeś szatę ofiarowania się Memu Niepokalanemu Sercu, szatę która jest znakiem przynależności do Mnie, znakiem Mojej opieki. Na swoim nadgarstku nosisz różaniec, który jest również znakiem twojego oddania i poddania się mojemu Niepokalanemu Sercu. Czym są dla ciebie te świętości? Czy są tylko zewnętrznymi znakami wiary, amuletami mającymi strzec cię przed złem tego świata, nabożną tradycją, martwą i pozbawioną ducha? Jeśli nie pomagają ci one we wzrastaniu, w stawaniu się lepszym, to niestety są to tylko puste symbole.

Mamo najdroższa, dziś od rana nurtuje mnie to pytanie: czym dla mnie jest tak naprawdę Szkaplerz i Różaniec? Czym powinny być – wiem. A czym są, czasami nie pamiętam, nie zastanawiam się nad tym. Może właśnie dzisiaj jest dobry dzień, aby sobie o tym przypomnieć. Noszenie szkaplerza to naśladowanie Ciebie w Twojej cichości, łagodności, cierpliwości, w Twoim “fiat”. Ja w mojej codzienności nie zawsze taki jestem, nie zawsze potrafię takim  być. Noszenie Szkaplerza zobowiązuje mnie do czystości, pokuty, modlitwy, apostolstwa. A u mnie trochę to wszystko przypudrował kurz. Kolejnym znakiem, drabiną, po której mogę się wspinać, jest Różaniec. Dałaś mi go, ucząc przez całe życie, abym robił wszystko, cokolwiek Twój Syn mi powie, a rozważając kolejne tajemnice, uczył się Go naśladować. Czy naśladuję Go we wszystkim odpowiadam na wszystkie natchnienia, jak Ty, mówiąc “niech mi się stanie według słowa Twego”? Jakże często łapię się jeszcze na tym, że jest to tylko klepanie zdrowasiek, a nie świadome wchodzenie z Tobą w Ewangelię Twego Syna. Dlatego różaniec na nadgarstku jest znakiem nie tyle dla innych, co dla mnie. Jest takim zacheuszowym wejściem na sykomorę. O Pani moja, Matko najczystsza, Niepokalana, dziękuję Ci za Twą opiekę, obecność w mym życiu, za pomoc w odnalezieniu Jezusa i kroczeniu za Nim. Za Szkaplerz i Różaniec, które są dla mnie Signum Salutis – znakami zbawienia, które mają mi pomóc i chronić mnie na drogach codzienności. Przepraszam również za to, że tak nie zawsze jest; że zapominam, że noszę je nie dla samego noszenia, lecz mają być dla mnie znakami odmiany życia, abym stawał się lepszym. Na koniec “kolejne z pytań w sercu mym się rodzi, czy Matką swoją zwać się Ciebie godzi, komuś kto w grzesznej zgniliźnie nie odnajduje swych rysów w Twojej podobiźnie”?

Niecodziennik: Czekasz na mnie

Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście,
a Ja was pokrzepię.

(Mt 11, 28)

Jezu, zapraszasz mnie dziś do odpoczynku, do rekreacji w Swojej obecności. Przemawiasz do mnie słowami Jana Kochanowskiego, który w swojej fraszce “Na Lipę” zaprasza do odpoczynku w swoim ogrodzie, w cieniu ogromnego drzewa.

Gościu, siądź pod mym liściem, a odpoczni sobie!
Nie dójdzie cię tu słońce, przyrzekam ja tobie,
Choć się nawysszej wzbije, a proste promienie
Ściągną pod swoje drzewa rozstrzelane cienie.
Tu zawżdy chłodne wiatry z pola zawiewają,
Tu słowicy, tu szpacy wdzięcznie narzekają.
Z mego wonnego kwiatu pracowite pszczoły
Biorą miód, który potym szlachci pańskie stoły.
A ja swym cichym szeptem sprawić umiem snadnie,
Że człowiekowi łacno słodki sen przypadnie.
Jabłek wprawdzie nie rodzę, lecz mię pan tak kładzie
Jako szczep napłodniejszy w hesperyskim sadzie.

Pokazujesz mi, że Sam jesteś tą lipą, w cieniu której mogę odpocząć, czekasz na mnie ukryty w Najświętszym Sakramencie. Zamykając oczy, tu mogę zanurzyć się w ciszy, zatopić w Tobie, zrzucając wszystkie troski i zmartwienia u Twoich stóp, a ucząc się od Ciebie i naśladując Cię, mogę znaleźć pokój i ukojenie duszy. Odpoczynek w cieniu drzewa, gdzie słychać tylko odgłos ptaków i ciągle gdzieś spieszących się owadów, gdzie również mogę cieszyć się Twoją obecnością, czy odpoczynek tam, gdzie jesteś obecny w Sakramencie Ołtarza – jest odpocznieniem i rekreacją dla ciała i duszy.
Tylko w Tobie tak naprawdę mogę uciszyć skołatane serce…

Niecodziennik: Biada mi!

Biada tobie, Korozain! Biada tobie, Betsaido! Bo gdyby w Tyrze i Sydonie działy się cuda, które u was się dokonały, już dawno w worze i w popiele by się nawróciły.
(Mt 11, 21)

Te słowa dotyczą również mnie. Przebywając z Tobą, Jezu, idąc za Tobą, powinienem dostrzegać i doświadczać działania Twojej miłości w moim życiu. I tak też się dzieje, widzę często Twoją cudowną dłoń w mojej codzienności. Ale czy dostrzeganie tych cudów prowadzi do przemiany mojego serca? Twe słowa uświadamiają mi, że często tak nie jest, czasami oszukuję sam siebie. Jestem niby przy Tobie, ale tak naprawdę daleko od Ciebie. Doświadczam Twojej obecności i działania w moim życiu, ale mimo to odchodzę, idąc drogą starych przyzwyczajeń. Dla mnie to “biada!”, bo lepiej być ślepcem błądzącym w ciemnościach, niż mówić: “widzę bo jestem w świetle”, a tak naprawdę być ślepym na to, co wokoło. Dla mnie to “biada!”, bo gdybym naprawdę widział, to już dawno odziawszy się w wór i posypawszy popiołem nawróciłbym się, a nie wracał do starych grzechów, jak wieprz do kałuży błota, czy pies do swoich wymiocin. Bo przecież “komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie” (Łk 12, 48).

Jezu, co mam robić, abym był rzeczywiście cały Twój?

Oto my opuściliśmy wszystko i poszliśmy za Tobą, cóż więc otrzymamy.  
(Mt 19, 27)

Synu każdy, kto dla mego imienia opuści dom, braci lub siostry, ojca lub matkę, dzieci lub pole, stokroć tyle otrzyma i życie wieczne odziedziczy (Mt 19,29). A ty? Wprawdzie nie kalkulujesz, czy ci się to opłaca i co z tego będziesz miał, lecz czy rzeczywiście zostawiasz dla Mnie wszystko?

Panie mój, chciałbym szybko odpowiedzieć “tak”, ale gdy głębiej się nad tym zastanawiam, to jednak dostrzegam, że jest inaczej. I choć doświadczyłem w swoim życiu, jak wiele dajesz tym, którzy zostawiają wszystko i idą za Tobą, to jednak u mnie w dalszym ciągu to nie jest to wszystko. W mojej codzienności pojawiają się sprawy, czasem osoby, a są również zniewolenia, które przysłaniają mi Ciebie zajmując mój czas, który mógłbym poświęcić Tobie. Przysłaniają mi Ciebie, stając się moim Baalem, za którym podążam.

Dobrze, że to dostrzegasz, lecz co z tym zrobisz? Ja cię umiłowałem, gdy byłeś jeszcze dzieckiem, i jak syna swego wezwałem cię z Egiptu, uczyłem cię chodzić, na ramiona Swe brałem, tuliłem cię w ramionach i strzegłem na wszystkich twych drogach. Lecz im bardziej troszczę się o ciebie, ty tym bardziej zapominasz o Mnie, składasz ofiary swoje Baalom i bożkom swoim palisz kadzidła. Wiedz, że tak czyniąc, powrócisz do Egiptu, i kto inny będzie twoim panem.

Jezu, jakże często moja droga podobna jest do tej, jaką przebył Izrael wyrwany z niewoli egipskiej. Zapominając o Twojej miłości, czułości względem mnie, o łaskach i cudach, tęsknie jak oni za czosnkiem i cebulą, czyli za czymś, co karmi moje zmysły. Zapominam o Tobie tworząc sobie własnych bożków, albo idę za obcymi. Bo obcy bogowie to nie tylko twór moich rąk, jak amulet, w którego moc się wierzy, ale to również moje  przywiązania, które przysłaniają mi Ciebie, lub całkiem odcinają od Twojej obecności, zastępując wiarę i tęsknotę serca.
Dziękuję Ci, Panie, że w minionym tygodniu w sposób szczególny zwróciłeś moją uwagę na te właśnie słowa: czy rzeczywiście zostawiam wszystko i idę za Tobą.

Jezu, co mam robić, abym był rzeczywiście cały Twój, aby iść przez życie czyniąc wszystko z Tobą, dla Ciebie i poprzez Ciebie?

Synu, jeśli przyjmiesz moje nauki i zachowasz u siebie wskazania; ku mądrości nachylisz swe ucho, ku roztropności swe serce; jeśli wezwiesz rozsądek, przywołasz donośnie rozwagę, jeśli szukać jej poczniesz jak srebra i pożądać jej będziesz jak skarbów, to bojaźń Bożą zrozumiesz, osiągniesz znajomość Boga. Bo Ja udzielam mądrości, z ust Moich wychodzą wiedza i roztropność; dla prawych Ja chowam swą pomoc, Ja jestem tarczą dla żyjących uczciwie. Ja strzegę ścieżek prawości, ochraniam drogi pobożnych. Wtedy sprawiedliwość pojmiesz i prawość, i rzetelność i każdą dobrą ścieżkę.
(por. Prz 2,1-9)

Dwa Serca

Jezu, czy moja wiara potrzebuje serca? To jedno, moje, rozumiem, że jest mi potrzebne do życia, ale że potrzebuje jeszcze dwóch?

Synu, twoja wiara potrzebuje trzech połączonych ze sobą serc, z tym najważniejszym, twoim, otwartym, szczerym, gotowym dla Mnie na wszystko. Wiara aby być żywą, potrzebuje tak jak każdy żywy organizm, wszystkiego co niezbędne do życia: a więc serca, krwioobiegu, pokarmu, tlenu, światła. Ty sam z siebie nie jesteś w stanie zapewnić sobie tego wszystkiego. Twoje serce zdane tylko na siebie bardzo szybko ulegnie pysze, stanie się letnie i zaskorupiałe, dusza zaś oziębnie, a ty sam staniesz się koszyczkowym katolikiem, nie zastanawiającym się nad sensem wypowiadanych słów, ani nad symboliką gestów.

Koszyczkowym katolikiem nie zastanawiającym się nad sensem wypowiadanych słów, ani nad symboliką gestów? Co oznaczają te słowa, i co robić aby takim nie być? Co robić aby moja wiara była żywą, rozwijającą się, aby przynosiła owoce, aby nie stała się jak nieurodzajne drzewo figowe, które poza liśćmi nic nie ma do zaoferowania?

Koszyczkowym byłbyś wtedy, gdy pojawiał byś się przede Mną tylko ze święconką w Wielką Sobotę, no i może z parę razy w ciągu roku, od przypadku do przypadku. Bez zastanowienia wypowiadałbyś słowa pieśni czy modlitw, które w rzeczywistości w twoich ustach byłyby jak te liście na drzewie figowym. Pełno ich, mają swój urok, ale nikomu na nic nie są potrzebne. Puste, nie odnoszące się nijak do tego, czym żyjesz na co dzień. A ty, aby prawdziwie żyć Mną w swojej codzienności, potrzebujesz tego, co dają ci Dwa Serca, Moje i Mojej Matki. Ja daję ci Siebie, Moje Serce jest twoim pokarmem, Wodą Żywą, Światłem, a moje Słowo jest powietrzem, którym oddychasz. Serce Mej Matki uczy cię pokory, zasłuchania, rozważania Słowa i odpowiadania na nie, przyjmowania Mojej woli.
Twoje serce gdy wrośnie w te dwa Serca, owocować będzie żywą wiarą…